poniedziałek, 9 maja 2022

Pełnia szczęścia.

 

Vultyrium moją uwagę zwróciło już przy okazji splitu z Warmoon Lord, ale ponieważ ten drugi projekt nigdy jakoś do końca mnie nie kupił, nie wracałem do „Pure Cold Impurity” praktycznie wcale. Było to do niedawna jedyne wydawnictwo jednoosobowego Vultyrium, siłą rzeczy więc, projekt zniknął z mojego radaru i o nim zapomniałem. Wszystko zmieniło się na początku kwietnia tego roku, bo w sieci pojawił się debiutancki pełniak Vultyrium, zatytułowany po prostu „Vultyrium”, i wydany pod sztandarem Werewolf Records. I jest to kawał wyśmienitego barbarzyństwa!

Już te trzy kompozycje ze wspomnianego splitu „Pure Cold Impurity” dawały świadectwo bezkompromisowości Vultyrium, a w każdym razie jego przedsmak – bo jak się okazało – pierwszy pełniak projektu jest w tym samym stopniu barbarzyński, a przecież dłuższy. Cztery kompozycje, niby niewiele, ale dają aż pół godziny muzyki. Są więc długie, co – biorąc pod uwagę charakter black metalu granego przez Vultyrium – może wydawać się kiepskim pomysłem. Tak jednak nie jest. Trzydzieści minut mija błyskawicznie, i konia z rzędem temu, kto po pierwszym odsłuchu – nie znając listy kompozycji – powie, że były tylko cztery. Wyróżnia się trzecia, bo jest najspokojniejsza. W przypadku Vultyrium oznacza to tempo średnie, nie oznacza jednak błogiego nastroju i sielanki. To nadal jest pole bitwy, tylko trwa akurat krótka przerwa na uzupełnienie płynów. Ale już końcówka tego numeru przywraca naturalny porządek i wzywa do mocniejszego złapania topora. Kompozycje pierwsza, druga i czwarta nie mają dla słuchacza litości. Są wspaniale bitewne, barbarzyńskie i proste. Piwniczne, podziemne, brudne, i cholernie naturalne. Taki black metal to ja mogę bez przerwy. Doskonale to chłodne, zimne, organiczne brzmienie, dopełnia skrzekliwy, raczej wysoki wokal, pełen szaleństwa i pogardy. Vultyrium jest z Finlandii (jak mogłem o tym wcześniej nie wspomnieć?) i to moi drodzy słychać. To jeden z tych projektów, w przypadku których wystarczy kilkanaście pierwszych sekund, i od razu wiadomo skąd pochodzą. Jest więc – przy całej tej agresji – relatywnie melodyjnie, choć melodie te są lekko schowane, lekko przykryte perkusją i wokalem. Trafiają się tu momenty podniosłe (wspaniale akcentowane klawiszami), ale nadal skąpane są w barbarzyńskiej otoczce. Bo to naprawdę jest niesamowicie bojowy i agresywny krążek. A przy okazji tak bardzo klasycznie black metalowy, tak w zasadzie esencjonalnie black metalowy, że bardziej chyba się nie da. A przy okazji niesamowicie fiński. Dla mnie jest to więc uczta maksymalna. W takich chwilach jestem naprawdę szczęśliwym człowiekiem. Polecam. Dla mnie jeden z lepszych tegorocznych krążków. 


Vultyrium – „Vultyrium”. Werewolf Records, kwiecień 2022.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz