poniedziałek, 2 maja 2022

Koniec wszystkich bajek.

 

Z Archgoat teoretycznie zawsze miałem po drodze, ale w praktyce traktowałem ich trochę po macoszemu. Ich pierwszy długograj pozamiatał mną mocno, potem jednak kolejne wydawnictwa traktowałem na zasadzie czegoś oczywistego, czegoś, co nie może mnie zaskoczyć, bo oni przecież zawsze grają tak samo. Do tej pory „Whore of Bethlehem” uważam za ich najlepszy krążek, ale wydany w poprzednim roku „Worship the Eternal Darkness” uświadomił mi, że moja strategia względem Finów była błędna (nie ja pierwszy, nie ostatni, wystarczy wspomnieć choćby ruskich). Znalazłem więc trochę czasu, odświeżyłem sobie ich całą dotychczasową twórczość, i biję się w pierś – ten twór to potęga. Nawet jeśli cały czas grają swoje. A właściwie właśnie dlatego.

Potęga i moc wspomnianego już ostatniego pełniaka Archgoat dotarła do mnie zbyt późno, postanowiłem więc już o nim nie pisać, bo na horyzoncie majaczyło nowe wydawnictwo. Kusiło tytułem i doskonałą, klasyczną dla zespołu, okładką. To jest zresztą temat na osobny tekst, bo obrazy zdobiące albumy Finów, i konsekwencja zespołu w tej kwestii, to fenomen. Archgoat konsekwentny jest nie tylko na tym polu, bo to jeden z tych zespołów, które najbardziej szanuję za niezmienne oddanie bluźnierstwu. Oni nie łagodzą przekazu – nawet jeśli dźwięki są czystsze niż w pierwszych latach – treści pozostają tak samo obrazoburcze. Weźmy choćby tytuł nowej epki. Niby nic, bo przecież „All Christianity Ends” raczej nie szokuje, nie wprawia w osłupienie ludzi przywykłych do walki z sektą jezuska, a jednak ma ogromną siłę. Prosty, krótki przekaz, bardzo kulturalny, a przy okazji bardzo wymowny. Mnie urzekł. Tytuł ten zagościł na ostatnim długograju, ale na najnowszej epce tej kompozycji nie znajdziemy. Znajdziemy natomiast cztery inne. Czy brzmią jak Archgoat? Oczywiście. Czy przynoszą jakąkolwiek rewolucję w twórczości Finów? W żadnym wypadku. Czy w takim razie, skoro to tysięczne (trochę im brakuje, ale i tak mają sporo) wydawnictwo z tą samą muzyką, okładką prawie tą samą, to po co tego słuchać? Właśnie dlatego. Siła Archgoat tkwi w byciu sobą. W braku większych zmian, bo oczywiście jakieś niewielkie możemy na przestrzeni lat zaobserwować. W niezmiennym korzeniu i filarze ich działalności i twórczości. To prawie romantyczna historia (prawie, bo jednak pełna kozłów, diabłów i gwałconych zakonnic). Rzadko spotykana w dzisiejszym środowisku metalowym. Tym bardziej powinna być doceniona. „All Christianity Ends” trwa siedemnaście minut i jest kolejnym potwierdzeniem doskonałej formy zespołu. Dostajemy tu kompozycje bezkompromisowe, jak otwierający „Ascension Towards the Promethean Fire”, czy taneczny i kłaniający się latom osiemdziesiątym „Crown Cloaked with Death”. Cztery numery, ale sto procent Archgoat, bo oczywiście każdy z nich posiada ten niesamowity, mroczny i mistyczny klimat, tę grozę pomieszaną z agresją. Finowie są chyba mistrzami jeśli idzie o tworzenie takiej atmosfery. Wszystko tu się zgadza, wszystko posiada znak jakości i certyfikat kozła, i nie ma najmniejszej możliwości, by jakikolwiek fan zespołu poczuł zawód. Mam nadzieję, że Finowie utrzymają tak wysoką formę jak najdłużej, bo bardzo możliwe, że wreszcie „Whore of Bethlehem” przestanie być moim faworytem. Czego sobie życzę. I Wam, bo to oznaczało będzie naprawdę doskonały krążek. A szanse są duże, bo już „Worship the Eternal Darkness” był bardzo blisko detronizacji jedynki. 


Archgoat – „All Christianity Ends”. Debemur Morti Productions, kwiecień 2022.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz