środa, 11 maja 2022

Grób, mizantropia i choinka.

 

Swartadauþuz to prawdziwy tytan pracy. By nie mieć co do tego wątpliwości, wystarczy spojrzeć na listę projektów, które tworzy bądź współtworzy. Oraz na ilość wydawnictw, które te projekty płodzą. Bo przecież nie jest tak, ze chłop założył zespół, wydał jedno demo i tyle. W podziemiu co chwilę pojawia się coś jego autorstwa. Ostatnio był to choćby kolejny krążek Bekëth Nexëhmü, drugi album Greve, za chwile wyjdą dwa pełniaki Trolldom… A to przecież tylko niewielki kawałek tego, w czym się udziela. Dziś skupimy się na czwartym dużym albumie Bekëth Nexëhmü, który premierę miał na początku kwietnia, co było o tyle zaskakujące, iż jego poprzednik ukazał się w grudniu 2021 roku.

Z drugiej strony wcale przecież nie powinno być to zaskakujące, biorąc pod uwagę płodność Swartadauþuza. Muzyczną oczywiście, na temat innej się nie wypowiadam, bo nie wiem. Wracając do Bekëth Nexëhmü, zaskakujące, gdyż poprzedni krążek to były dwie płyty CD! Trwał on dwie godziny. Gigant. A tu bach – kolejny materiał. I nawet fakt, że „De evigas gravrit” powstawał na przestrzeni prawie dziesięciu lat, nie zmienia niczego. Facet chyba wygrał w totka i teraz sobie spokojnie nagrywa. Nie wiem, nie ma to zresztą znaczenia, ważne, że bardzo często wypuszcza albumy co najmniej solidne. Osobiście nigdy szalikowcem Bekëth Nexëhmü nie byłem, po prostu lubię, ale życia bym za ten projekt nie oddał. Lubię jednak na tyle, ze wracam do niektórych wydawnictw regularnie, a każde nowe sprawdzam ochoczo. Z tym najnowszym było jednak troszkę inaczej, bo jego poprzednik – czyli gigantyczny dwugodzinny „De fornas likgaldrar” – totalnie mnie znudził. Przebrnąłem przez niego może raz. Choć nie jestem pewien. Gdyby go skrócić o godzinę, pewnie sytuacja byłaby inna i byśmy się polubili, choć to nie była tylko kwestia długości. Krążek był do bólu przewidywalny i utrzymany w klasycznym dla projektu stylu, jednak gdzieś zabrakło mi w nim magii. A może po prostu trochę miałem już przesyt tym sztampowo leśnym graniem Bekëth Nexëhmü. W każdym razie spowodowało to, że do „De evigas gravrit” podchodziłem z lekką nieufnością, szczególnie, ze też najkrótszy nie jest, bo trwa prawie godzinę. Pierwsze minuty też mnie nie porwały, ale zmiana była znacząca, bo wzbudziły moje zainteresowanie. A potem było już tylko lepiej, i teraz całość jest dla mnie urzekająca. Inny to krążek, trochę nietypowy dla Bekëth Nexëhmü. Dużo bardziej gitarowy, dużo mniej klawiszowy. Dużo mniej leśny, dużo bardziej przyziemny. Dominuje go smutek i tęsknota, zaduma, mizantropia, momentami rozpacz . Agresja pojawia się oczywiście, ale jest to agresja bezsilna, agresja wynikająca ze strachu, służąca obronie, nie atakowi. Nie jest to na szczęście żaden nudny do bólu depressive black metal, a jednak smutku w nim i zadumy więcej, niż u niejednego silącego się na totalnego mizantropa twórcy. Kompozycje snują się niespiesznie, dominują tu tempa średnie i wolne, nad wszystkim unosi się potępieńczy wokal Swartadauþuza, wspaniale dopełniając gitary. A one są tu królem, królową i waletem. Pojawiają się w różnych postaciach, najczęściej bardzo wyraziste, niosące smutne, złowieszcze, mizantropijne melodie. Tak, trafiają się i złowieszcze, przecież motyw przewodni w piątym utworze to jest czyste, naturalne zło. Niesamowicie uzależniający i wpadający w ucho oraz umysł. Nie ma tutaj takich chwil wielu, bo nie jest to krążek, który ma porywać. Hitów tu nie znajdziecie, co zresztą raczej oczywiste w przypadku Bekëth Nexëhmü, tu po prostu poszło to dalej – są to świetne kompozycje, ale żadna z nich nie oczaruje Was natychmiast, każdej trzeba dać czas, i – najlepiej – odpowiednie warunki. Ja poszedłem do lasu. I powiem Wam, ze ten krążek sprawdza się doskonale w roli towarzysza. On potrzebuje ciszy, spokoju, oderwania od rzeczywistości, która otacza słuchacza, choć jak już wspomniałem – jest niesamowicie przyziemny, daleki od metafizyki poprzednich dziel. Choć nadal bardzo metafizyczny i uduchowiony. To tak, żeby była jasność. Polecam. Bardzo udany album. I ta wielce zaskakująca okładka!


Bekëth Nexëhmü – „De evigas gravrit”. Purity Through Fire, kwiecień 2022.




4 komentarze:

  1. Tak informacyjnie... De Fornas Likgaldrar to zlepek wcześniejszych wydawnictw w jednym

    OdpowiedzUsuń
  2. Ktoś kto interesuje się black metalem winien posiadać tak podstawowa wiedzę, albo przynajmniej weryfikować pewne fakty. Laik może nie wiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby mnie tamten album zainteresował, sprawdziłbym. A dla powyższej recenzji ten fakt nie ma najmniejszego znaczenia, bo istotne jest to, że mnie znudził.

      Usuń