poniedziałek, 25 kwietnia 2022

Pretorianie diabła.

 

Mam wrażenie, że Teufelsberg – choć to zespół polski – jest u nas mało znany, nawet jak na warunki podziemne. Nie widuję zbyt wielu recenzji, czy też linków do ich twórczości. Może wynika to z faktu, że nie wydaje ich krajowa wytwórnia, tylko portugalska Signal Rex. Może też istotnym czynnikiem wpływającym na taki, a nie inny stan rzeczy, jest fakt, iż zespół sam za bardzo nie dba o promocję, wywiady czy jakąkolwiek rozpoznawalność. Do tej pory nie wiem, kto w nim gra, choć słucham ich od pierwszego demo, a od czasu do czasu wymieniamy się mailami. Nie traktujcie tego co piszę jako przytyk do samego zespołu (ich postawę doceniam i szanuję), raczej do słuchaczy, bo wiele tracą. Mam nadzieję, że pierwszy pełniak, który za kilka dni będzie miał premierę, w jakimś stopniu zmieni ten stan rzeczy, bo Teufelsberg to w tej chwili jeden z najlepszych zespołów polskiego black metalowego podziemia.

Jak już wspomniałem wyżej, Teufelsberg to zespół tajemniczy, o którym niewiele wiadomo. Do tej pory tworzyło go dwóch muzyków, ale wraz z pierwszym długograjem, sesyjny perkusista został pełnoprawnym członkiem zespołu. Mam nadzieję, że to usprawni proces twórczy, bo jak dotąd wydawnictw nie dostaliśmy wielu, a apetyt jest spory. Wszystko zaczęło się od demo „Ancient Darkness Triumphant” (o nim tutaj), wydanym przez Signal Rex na kasecie, w styczniu 2020 roku. Potem był split z portugalskim Minnesjord (tu), możecie go dostać na winylu. No i wreszcie przyszedł czas na CD i pierwszego długograja. „Ordre du Diable” ujrzy światło księżyca trzydziestego kwietnia, czyli za kilka dni. Nie przegapcie tego wydarzenia, bo – powtórzę – dużo stracicie. Pierwszy pełniak wielkich zmian stylistycznych nie przynosi, choć pewne różnice względem starszych wydawnictw są słyszalne. Przede wszystkim – muzyka Teufelsberg stała się dojrzalsza, choć nadal jest pełna pasji i młodzieńczego zaangażowania. Dźwięki są już jednak dużo bardziej uporządkowane, momentami przemyślane, słychać w tym wszystkim większą ideę przewodnią. Spontaniczność nadal tu jest, ale już nie tak wyraźna jak wcześniej. Kompozycje są bardziej złożone, trochę bardziej zróżnicowane i bogatsze aranżacyjnie, choć poza kanon nie wykraczają. A ten ostatni jest taki, jak w przypadku pierwszego demo: klasyczny black metal, nawiązujący – wręcz wyrastający – z lat dziewięćdziesiątych, z wielkim ukłonem dla ówczesnego polskiego podziemia. „Ordre du Diable” mógłby ukazać się w 1995 czy 1996 roku i odnalazłby się doskonale. Dziś pewnie wymieniany byłby wśród polskich klasyków tamtych lat. Zresztą, Teufelsberg to po prostu zespół spóźniony ze swoją „karierą” o trzydzieści lat. Ale może to i dobrze, bo warto by ktoś przypominał dzisiejszym black metalowcom, jak kiedyś grało się ten gatunek. Szczególnie, gdy robi to tak udanie. Oczywiście, dużo można pisać o odniesieniach do dekady dawno minionej, ale przecież muzyka Teufelsberg nie tylko tamtym wzorem stoi. Panowie – chcąc nie chcąc – w próżni nie żyją, słuchają też nowszych rzeczy, i te wpływy też gdzieś tu są przemycane. Nie ma ich wiele, ale jednak są. Choćby brzmienie, które na „Ordre du Diable” jest najczystszym jakie dotąd uzyskali, najmocniejszym i najbardziej dynamicznym. Daleko jest na szczęście do wielu dzisiejszych gładkich produkcji, ale nie jest to też ten totalnie podziemny klimat z pierwszego demo. Album jednak nic w związku z tym nie traci, duch przeszłości jest tu nadal wyraźnie obecny. Bo to przecież też budowa kompozycji, wokale, sposób użycia klawiszy. Wszystkie te elementy jasno mówią nam, co dla Teufelsberg jest wzorem. I mam nadzieję, że to się nie zmieni, bo chłopaki mają naturalną zdolność tworzenia świetnych kompozycji, w konwencji jaką uwielbiam. Black metal jest dla nich środowiskiem naturalnym, dzięki czemu tworzą rzeczy, z którymi każdy, kto czarną sztukę kocha, może się utożsamiać. Dla mnie tych sześć kompozycji, składających się na trzydziestoczterominutowy „Ordre du Diable”, jest zbiorem porywającym, zajmującym i takim, do którego chce się wracać. Nie wiem ile razy już ten album przesłuchałem, wiem natomiast, że końca nie widać. I dlatego już w kwietniu bez zawahania stwierdzam, że to jeden z najlepszych tegorocznych polskich albumów black metalowych. O ile nie najlepszy – bo konkurencji nie widać - ale na razie wstrzymam się z takimi deklaracjami, bo nigdy nic nie wiadomo. Czołówka w każdym razie bez dwóch zdań. Słuchać koniecznie.

I oglądać, bo okładka autorstwa JRMR Artworks jest wyśmienita! 


Teufelsberg – „Ordre du Diable”. Signal Rex, kwiecień 2022.



2 komentarze:

  1. Genialna okładka i bardzo solidny materiał. Wcześniej nie słyszałam o tej kapeli, teraz z wielką przyjemnością nadrabiam. Dzięki.
    S.

    OdpowiedzUsuń