poniedziałek, 11 kwietnia 2022

Nasza wojna.

 

W historii metalu było co najmniej kilka (tu oczywiście zaznaczam – mam na myśli te, które cokolwiek wydały i jest to udokumentowane) zespołów zwących się War. Nic dziwnego, bo to przecież wymarzone wręcz słowo na nazwę kapeli, bez względu na gatunek, bo i black, i death, nawet heavy i thrash będą odpowiednie dla muzycznej Wojny. W Polsce także mieliśmy takowy twór. Nasz War istniał od 1993 roku, a ostatni materiał wydał w 2007. Niedawno Garazel wypuścił wznowienie ich drugiego krążka, pochodzącego z 2004 roku „Ex Tenebris Nasceris ut Deleas”. Czy było warto? Zdania pewnie będą podzielone, ja jednak, jako miłośnik historii, nie narzekam.

War dorobił się czterech dużych albumów, co nie jest może dorobkiem powalającym, jednak nie był to też zespół anonimowy, czy taki, który tylko przemknął przez podziemie za sprawą jednego demo. Nie był to też jednak zespół szeroko wielbiony i powszechnie (nawet w podziemiu) znany. Kto miał znać, ten znał, takie już jest życie w drugim, czy nawet trzecim obiegu. I z tego względu dobrze, że krakowska wytwórnia postanowiła wznowić „Ex Tenebris Nasceris ut Deleas” (pierwsze wydanie też było ich zasługą). Ale nie tylko kwestie sentymentalne czy też historyczne czynią tę decyzję dobrą. Podstawowy powód jest taki, że to po prostu fajny, solidny krążek. Żaden szał, żadna pierwsza liga podziemia, żaden wyznaczający innym kierunki album. Ale przecież nie o to chodzi. Jest to po prostu solidny black metal utrzymany w konwencji polskich lat dziewięćdziesiątych, doprawiony lekko północnym smakiem i prędkością. War nie kręci się wokół temp średnich czy też tanecznej motoryki, które to znamy dobrze z kultowych albumów dekady wcześniejszej. War to w końcu wojna, więc i tu jest wojna. Jest agresja, jest szybkość, jest nienawiść. Mało tu momentów wytchnienia, a jeszcze mniej atmosferycznych chwil ku zadumie. Jest za to sporo ciekawych, chłodnych i oszczędnych melodii, wprowadzających północny klimat. Są też charakterystyczne wokale, które doskonale oddają ducha starej szkoły. Brzmienie pozostawia oczywiście sporo do życzenia, ale to nikomu nie przeszkadza, bo koniec końców nie jest najgorsze, i wszystko da się usłyszeć. Jest więc takie, jak być powinno. Generalnie wszystko tu jest takie, jak być powinno, bo to po prostu rasowy black metal. Pół godziny wojny ze wszystkim co święte. Zero kompromisów. Nie powala na kolana, ale też nie jest niczym odrzucającym. Ot, materiał jakich wiele. Z tą jedną różnicą, że ten jest nasz, stanowi jakąś cząstkę historii naszego podziemia, ma więc dla mnie sporą wartość. I dlatego cieszy mnie fakt, że został wznowiony. A jeśli choć kilka, czy kilkanaście osób dzięki tej reedycji pozna War, to tym bardziej było warto. 


War – „Ex Tenebris Nasceris ut Deleas”. Under the Sign of Garazel Productions, 2004 / listopad 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz