piątek, 1 kwietnia 2022

Forza!

 

Włochy to piękny kraj. Od groma zabytków, piękne okoliczności przyrody, urocze miasta i miasteczka, wyśmienita kuchnia. Zalety tego państwa położonego na południu Europy można wymieniać długo, niestety jedną z nich nie jest urodzaj black metalowych zespołów. W światowym rankingu byliby daleko, dlatego gdy pojawia się cokolwiek związanego z czarną sztuką, opatrzonego znakiem „Made in Italy”, warto się nad tym pochylić. A gdy jeszcze to coś, w zasadzie samo zjawia się na naszym podwórku – bo wydane zostało przez Under the Sign of Garazel - to już grzech nie posłuchać. Dlatego posłuchałem pełnowymiarowego debiutu Hepatomancy zatytułowanego „Ego Svm Radix Et Templvm Lvciferi”.

Od razu zaznaczę, że bardzo irytuje mnie zastępowanie „u” literą „v”, które z jakiegoś powodu stało się modne. Ja tego nie rozumiem, ale cóż – taki trend i takie czasy. Umówmy się, że tytuł powinien wyglądać tak: „Ego Sum Radix Et Templum Luciferi”, co znaczy „Jestem korzeniem i świątynią Lucyfera”. Tyle formalności językowych, przejdźmy do samego Hepatomancy. Dla mnie to nazwa nowa, ale okazuje się, że krakowska wytwórnia miała już przyjemność wypuścić ich epkę „De Tyrannide Daemonum” (CD, marzec 2021), ale ją przegapiłem. Potem był jeszcze split z Hell’s Coronation wydany na winylu (kooperacja Black Death Production i Garazela; Black Death Production wypuściła też część Polaków na CD pod tytułem „Morbid Spells” – o tej epce tutaj). Jak widać związki Włochów z Polakami są mocne i wyglądają na trwałe, bo Lombardczycy postanowili także swego pierwszego pełniaka wydać pod sztandarem Garazela. Dotarliśmy więc do „Ego Svm…”, który premierę miał na początku marca tego roku. Ponieważ jest to album bardzo jednorodny, zwarty, gęsty i po prostu monotematyczny, nie będę się zanadto rozpisywał. Dziesięć kompozycji, nieco ponad trzydzieści minut. I zero litości. Włoski duet serwuje nam totalną apokalipsę w black metalowym anturażu. Panowie grają szybko, a częściej bardzo szybko. Momentami wręcz ultra szybko, jest to nie tylko przesypywanie ziemniaków, lecz przesypywanie ich na sterydach. W kilku momentach mają odwagę zwolnić do temp tanecznych i średnich, ale to są naprawdę wyjątkowe chwile. Trudno tu więc szukać jakichś porywających riffów czy zapadających w pamięć melodii. Ten album nie po to powstał. Dominuje tu agresja, w zasadzie nawet nie dominuje, bo po prostu nie ma dla niej alternatywy na pierwszym krążku Hepatomancy. To oczywiście nie jest niczym złym, w końcu mówimy o black metalu. Niestety, powoduje to, iż trudno na cokolwiek poza nią zwrócić tu uwagę, trudno coś wyróżnić i trudno na czymś oprzeć chęć do częstych powrotów. Wszystko się tu zlewa, sprawia wrażenie granego na różne sposoby jednego patentu. Mam wrażenie, że to po prostu agresja dla samej agresji, bez jakiejkolwiek myśli przewodniej. Mają też na to wpływ wokale. To akurat bardzo charakterystyczny element krążka, choć nie wiem, czy w najlepszy możliwy sposób. Są bardzo jednostajne, monotonne i wszechobecne. A do tego wysokie, jak na mój gust trochę za wysokie. W pewnym momencie zaczynają męczyć i nużyć. Nie jest to zły album, po prostu brakuje mu trochę charakteru, trochę wyrazistości i – choć troszkę większej – różnorodności. Bo w dwudziestej minucie mam wrażenie, że dopiero co się zaczął. Czwarty numer mógłby być pierwszym, a pierwszy ósmym. Jest to więc pozycja tylko i wyłącznie dla zatwardziałych zwolenników kanonady i rzezi dźwiękowej. Nie będę często do tego materiału wracał, ale mam zamiar poczynania zespołu śledzić, bo pomimo wcześniejszych narzekań, potencjał tu dostrzegam. Kto wie, może Włosi w przyszłości postanowią wprowadzić do swej muzyki trochę więcej zmiennych? Oby, bo efekt mógłby być naprawdę ciekawy. 


Hepatomancy – „Ego Svm Radix Et Templvm Lvciferi”. Under the Sign of Garazel, marzec 2022.



2 komentarze:

  1. Z literą U/V może moda, ale genezę tego można zgłębić w łacinie i możliwe, że tak jest poprawnie. W starych tekstach i grafikach też tak jest zapisywane, także dość stara ta moda :D
    "Początkowo litera V oznaczała zarówno samogłoskę /u/, jak i spółgłoskę /u̯/, ale z czasem wymowa spółgłoski przeszła w kierunku /w/. W średniowieczu pojawia się litera W powstała z podwojonego V (stąd angielska nazwa W – double U), która oznaczała pierwotnie głoskę /ł/, ale w niektórych językach zaczęła wtórnie oznaczać spółgłoskę /w/[3]. Jednak litera ta była pierwotnie po prostu ligaturą stosowaną zamiast sekwencji VV, co oznacza sylabę „wu” – i stąd pochodzi jej polska nazwa.

    W połowie XVI wieku litera I, oznaczająca do tej pory zarówno samogłoskę, jak i półsamogłoskę została rozróżniona na I oraz J. Analogicznego rozróżnienia dokonano dla V, litera ta „rozpadła się” na U dla samogłoski oraz V dla półsamogłoski (lub spółgłoski)"


    OdpowiedzUsuń
  2. Ok, co do łaciny, może być to forma poprawna, choć mnie uczono inaczej. Przede wszystkim jednak, chodziło mi o modę, która nawet w angielskich wyrazach uzywa V zamiast U.

    OdpowiedzUsuń