niedziela, 24 kwietnia 2022

[ARCHIWUM90] #27: Galgenberg.

 

Przez dłuższy moment zastanawiałem się, czy poświęcić ten tekst tylko jednemu materiałowi Galgenberg, czy zespołowi po prostu. Tylko ich pierwsze demo „Blutgrund” spełnia kryteria cyklu, bo ukazało się w 1997 roku. Postanowiłem jednak, że napiszę o wszystkim, bo poza tym demo wydali jeszcze tylko jeden materiał, który ukazał się w roku 2000, można więc powiedzieć, że jedną nogą się załapał. A warto o nim wspomnieć, bo epka „Galgenberg”, tak jak i demo, jest rzeczą bardzo dobrą. Poza tym, Galgenberg jako zespół, jest tworem stu procentowo osadzonym w latach dziewięćdziesiątych, i dla mnie wiąże się z nimi nierozerwalnie.

Nierozerwalnie, bo wspomniane już demo „Blutgrund”, uważam do dzisiaj za jedno z najlepszych tego typu wydawnictw w naszym podziemiu. Jest to dla mnie także najlepsze wydawnictwo Galgenberg, zespołu, który wyróżnia się na tle krajowej sceny nie tylko językiem niemieckim. Choć i ten aspekt jest oczywiście oryginalny. Przede wszystkim jednak mam na myśli samą muzykę. O niej za chwilę, najpierw kilka słów o samym zespole. Powstał w Tarnowskich Górach, w 1994 roku. Jego trzon to dwóch muzyków: Grauth – gitara, wokal, klawisze, i Blut – bas. Sesyjnie duet ten wspierał perkusista Kamela. „Blutgrund” i „Galgenberg” to jedyne wydawnictwa zespołu, warto zaznaczyć jednak, że ten drugi materiał ukazał się też jako część splitu z Der Stürmer. Nie ma tego więc wiele, bo to raptem czterdzieści minut muzyki. Szkoda, bo potencjał słychać w każdej minucie. „Blutgrund” to cztery kompozycje, które swoją mocą i energią wniosły sporo ożywienia do lekko zasiedziałego polskiego podziemia. To co wyróżniało i wyróżnia Galgenberg, to właśnie potęga brzmienia. Bo nie ma co dyskutować – tarnogórski duet bazuje na wcześniej ukształtowanym stylu zespołów skupionych wokół TTF, nadaje mu jednak nowe oblicze. Dodaje mocy i siły, dodaje energii i agresji. Ona wręcz rozpiera debiutanckie demo. Można odnieść wrażenie, że tylko sekundy dzielą nas od eksplozji głośników. Produkcja jest niezwykle dynamiczna, co też nie było przecież oczywiste w tamtych latach. I ta dynamika, plus moc, wyrażona w ciężarze, ale też energii, określają „Blutgrund”. To nadal black metal, o czym przypominają choćby doskonale użyte klawisze (jak te w czwartym numerze, teoretycznie kompletnie nie pasujące do reszty, a jednak efekt końcowy powala), czy pełne nienawiści wokale, jednak black metal mocno podbity, podrasowany, daleki od chłodnego północnego brzmienia. Próżno szukać tu fragmentów spokojnych czy też atmosferycznych. To po prostu wojna. I o to muzykom chodziło. Dość mieli pojawiających się coraz częściej eksperymentów, chcieli wrócić do pierwotnych ideałów black metalu. W mojej opinii udało się to doskonale. Świetną robotę zrobił tu Kamela, perkusja naprawdę zasługuje na brawa, bo choć nie bazuje na blastach, to jest po prostu potężna. A na blastach nie bazuje, bo choć „Blutgrund” niszczy swą siłą, to nie prędkość o tym decyduje. Drogę tę kontynuowali panowie na epce „Galgenberg”. Tu jest nawet jeszcze potężniej, jeszcze trochę więcej ciężaru, nie ma już jednak tej porywającej dynamiki. A w każdym razie nie ma jej w takiej ilości. Nadal jednak jest to manifestacja agresji i zła, bez żadnych zbędnych ozdobników. A oba materiały są zapisem naturalnego podejścia do black metalu, i naturalnego jego wykonania. Szczerość i oddanie podwalinom gatunku słychać tu w każdej kompozycji, i to też jest ich ogromna siła. Szkoda, że takich zespołów coraz mniej, szkoda, że Galgenberg nigdy niczego więcej nie wypuścił. No, ale cieszmy się tym, co jest. Oba materiały do dziś bardzo lubię i cenię, często wracam. Jeśli nie spotkaliście się wcześniej z Galgenberg, polecam ten brak nadrobić. Trudno dziś oczywiście o pierwsze wydania, ale dostępna jest kompilacja z 2013 roku, zawierająca na jednym srebrnym krążku wszystko, co Galgenberg nagrał. Wydana została przez Darker Than Black / Witches Sabbath Records.

Galgenberg – „Blutgrund”. Dark Blaze Stronghold (kaseta), 1997. 
Galgenberg – „Galgenberg”. Dark Blaze Stronghold (CD), 2000.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz