piątek, 11 marca 2022

Zielonogórskie diabły.

 

Jeśli jest w tym kraju jeden zespół thrash metalowy, na którego albumu premierę czekam, to jest to właśnie zielonogórski Warfist. Od wielu lat nie jest to dla mnie gatunek pierwszego, czy nawet drugiego lub trzeciego wyboru, i mój kontakt z nim ogranicza się w zasadzie do sporadycznego odświeżenia jakiegoś klasycznego albumu sprzed wielu, wielu lat. Warfist potrafi jednak swój thrash metal wypełnić ciekawymi tekstami, ubrać w pociągającą otoczkę, oraz – co najważniejsze – zabarwić czernią i diabłem. Nie na tyle, by stać się jedną z dziesiątek powtarzających się black/thrashowych kapel, co odbieram jako plus. Wystarczająco jednak, by muzyka zyskała pierwiastek, którego poszukuję, i który mnie przyciąga.

Trzy lata upłynęły od świetnego „Grünberger” (o nim tutaj), krążka, który w moim odczuciu wywindował Warfist na najwyższe piętro krajowego thrashu. Wszystko się tam zgadzało. Okładka, teksty, cały koncept liryczny płyty. No i oczywiście muzyka, która porywała. Warfist już wcześniej zdradzał talent do świetnych riffów, ale to właśnie na „Grünberger” osiągnął w tej materii mistrzostwo. Nie było tam słabego momentu, nie było przeciętnego riffu, od pierwszej do ostatniej sekundy jest to manifest metalu na najwyższym poziomie. Wszystko to spowodowało, że niecierpliwie czekałem na kolejny album. Miałem też trochę obaw, bo zadanie przed zespołem nie było proste. Albumy takie jak „Grünberger” mogą stać się przekleństwem, bo trudno powtórzyć tak udane dzieło, nie mówiąc już o przebiciu go. Nie jesteśmy na szczęście w korpo, tu nie musi być wzrostu o 10% rok do roku, co nie zmienia faktu, że liczyłem na powtórkę z rozrywki. „Teufels”, bo tak zielonogórzanie zatytułowali swój czwarty duży krążek, słucham od miesiąca, ale nie potrzebowałem całego tego czasu, by zrozumieć, że choć bardzo dobry, to poprzednika nie przebije. Warfist oczywiście idzie nadal swoją drogą, tu nie zmieniło się nic. Dostajemy znowu lekko przybrudzony, lekko wzmocniony thrash metal, pełen potężnych riffów i klasycznych dla gatunku aranżacji. Doskonała praca sekcji zasługuje na wyróżnienie, ale obok niej po raz kolejny Warfist wyciąga z cylindra całą gamę bardzo dobrych riffów. Nie wiem jak oni to robią, ale przecież nie znam też technik magików, a jakimś cudem królik z kapelusza zawsze wyskakuje. Tu jednak wszystko jest na serio, nic nie działa na zasadzie iluzji, czy odwrócenia uwagi. Trudną ją zresztą odwrócić, bo „Teufels” bardzo udanie zatrzymuje słuchacza przy sobie. Każda kompozycja posiada jakiś charakterystyczny, ciekawy riff, zajmującą melodię czy motyw przewodni. Dzięki temu czterdzieści minut mija bardzo szybko i nie ma mowy o nudzie. Nie powinno to nikogo dziwić, w końcu Warfist to starzy wyjadacze, wiedzą na czym polega ta gra. I choć wciąż trzymają się jej zasad, nie próbując eksperymentować, to wciąż wygrywają. Wypuścili kolejny świetny album, choć jak już zaznaczyłem – „Grünberger” pozostaje dla mnie niedoścignionym opus magnum ich twórczości. „Teufels” tak mnie nie porywa. Nie ma w sobie takiej mocy, a i zbiór riffów – choć bardzo pokaźny – nie jest jednak tym zbiorem z poprzednika. Nie mam jednak zamiaru określać „Teufels” jako krok w tył, bo takowym ten album nie jest. Zespół utrzymuje doskonałą formę, i tak naprawdę potwierdza swoją pozycję. A ta jest bardzo silna, bo nie widzę nikogo innego w tym kraju, zdolnego do nagrania tak dobrego krążka jak „Teufels”. Z drugiej strony niewiele wiem o krajowym thrashu. Ale wiedzieć nie muszę, wystarczy mi zielonogórskie komando, będące liderem ekstraklasy w swej dyscyplinie. Pozdrowienia dla Myszki Miki! 

PS Polecam teksty. Zabiorą was w kilka ciekawych miejsc i opowiedzą interesujące historie. W przypadku Warfist to nic nowego, i pewnie nie musiałbym o tym wspominać, ale nie jest to zawsze oczywiste jeśli idzie o thrash metal. 


Warfist – „Teufels”. Godz Ov War Productions, marzec 2022.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz