czwartek, 24 marca 2022

Chłopcy wieku ciemności.

 

„Kali Yuga Boys” to split, który został przyjęty pozytywnie, choć nie bez zastrzeżeń, czy też wątpliwości. Sporo było krytycznych uwag pod adresem okładki (i tu zgoda – nie jest najszczęśliwsza), pojawiły się też pytania odnośnie samego tytułu. Nie do końca je rozumiem, bo po pierwsze można bardzo szybko sprawdzić, co to „Kali Yuga”, po drugie: ludziom obytym z black metalem wyrażenie to nie powinno być obcym. Ale w skrócie, dla tych leniwych: Kali Yuga to czwarty okres hinduistycznego istnienia materialnego świata. Zwany wiekiem żelaznym lub wiekiem kłótni i hipokryzji rozpoczął się w 3102 r. p.n.e. i ma trwać 432 000 lat. Czyli teraz właśnie trwa. Wiek ten opisywany jest jako wiek ciemności i ignorancji. Gdy dorzucimy do tego słowo „boys”, wszystko – mam nadzieję – staje się jasne. Dla mnie to ciekawy i trafiony tytuł. Ciekawy jest też mariaż Yfel 1710 z Martwą Aurą. A w zasadzie najciekawszy.

Nie obstawiałbym takiego splitu, nawet przy dużych szansach wygranej. Wpływ ma na to zapewne ostatnia aktywność koncertowa Martwej Aury, dzięki której zupełnie inne nazwy przychodzą do głowy, gdy myślę o poznańskim zespole. A tu proszę, Yfel 1710. I choć jest to dla mnie zaskoczenie, to dobrze się stało. Bo to załoga z Olsztyna jest dla mnie mocniejsza na „Kali Yuga Boys”. Oni otwierają ten split i oferują nam cztery kompozycje. Są one w prostej linii kontynuacją stylu zaprezentowanego na debiucie zespołu (o nim tutaj). Potężna dawka energii, rasowe riffy, często nie mające oparcia w black metalowej stylistyce, motoryka także wymykająca się kanonom czarnej sztuki. Kompozycyjnie i aranżacyjnie jest skromnie, ale w przypadku tego zespołu, jest to atut i jego siła. Wszystko ubrane w lekko mechaniczne i odhumanizowane brzmienie, które dodaje muzyce surowości. Surowości, która podbudowana jeszcze pełnymi jadu wokalami, potrafi odpychać. Ale tak być powinno, bo też Yfel nie przekazuje nam niczego przyjemnego. Klimorh w swoich tekstach po raz kolejny zaprasza słuchacza na Warmię, by opowiedzieć o mroczniejszych momentach w jej historii. Teksty poprzedzone są wstępami nakreślającymi temat, co uważam za bardzo dobry zabieg. Cztery numery Yfel pędzą jak zaraza przez pagórkowate pola Warmii, i jak ona potrafią porywać i ciało i duszę. Pierwszy numer to wręcz hit. „Willa wisielców” to album udany, ciekawy i nietuzinkowy. To samo można powiedzieć o tych czterech kompozycjach, cieszy więc, że zespół nie stracił formy i podąża swoją drogą w dobrym stylu. Kolejne dwa utwory to dzieło Martwej Aury. I tu mam mieszane uczucia, bo mam wrażenie, że zespół nie do końca wie, co chciałby grać, że gdzieś stracił swój charakter. Już „Morbus Animus” – choć album to dobry – zdradzał pewne objawy delikatnego zagubienia. Dość powiedzieć, że ja do niego praktycznie nie wracam. Obie kompozycje ze splitu kontynuują styl z ostatniego krążka, idąc jednak trochę mocniej w rejony spokojniejszego, metafizycznego i „ku zadumie”, stylu grania. Oczywiście nadal sporo tu agresji, ale przeplata się ona z momentami wolniejszymi, wypełnionymi deklamacjami Grzegorza. I tak jak te fragmenty mnie przekonują, to cała reszta – paradoksalnie, wiem - już nie do końca. W moim odczuciu Martwa Aura gdzieś zagubiła zdolność pisania porywających, ciekawych kompozycji (a wystarczy choćby wspomnieć split z Odour of Death – cóż to był za materiał!). Bo te dwie są po prostu solidne, dobre, mocne, ale niczym się nie wyróżniają. Dlatego dobrze dla całego wydawnictwa, że zagościł tu Yfel 1710, ze swoją energią, złością, gniewem i mroczną historią, bo dzięki nim, ten krążek żyje. I jest naprawdę warty uwagi. 


Yfel 1710 / Martwa Aura – „Kali Yuga Boys”. Under the Sign of Garazel, luty 2022.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz