niedziela, 27 marca 2022

[ARCHIWUM90] #24: Graveland - "Thousand Swords".

 

Greckie słońce może być przyjemne, ale co za dużo, to niezdrowo, wracamy więc do Polski. Tu co prawda też coraz więcej solarnych promieni, bo przyszła wiosna, ale na szczęście o cień nie trudno. Można go znaleźć w lesie na przykład, czyli tam, gdzie muzycy Graveland podczas sesji zdjęciowej zdobiącej „Thousand Swords”. Tak te zdjęcia, jak i sam album, należą do klasyki i kanonu polskiego black metalu. Drugi pełniak wrocławskiego zespołu to – na krajowym podwórku - jeden z najważniejszych krążków nie tylko tamtej dekady, ale w ogóle w gatunku jako takim. Dziś pewnie nie wszyscy nazwaliby go stricte black metalem – bo jest w nim masa wojennego pagan metalu - ale jakiejkolwiek łatki byśmy mu nie przypięli, w żadnym stopniu nie odejmie mu to wielkości.

Wydany w 1995 roku, następca „Carpathian Wolves”, jest od tego ostatniego kompletnie inny. To w ogóle ciekawe, bo stary Graveland (a dla mnie to okres do „Immortal Pride” włącznie), nie wypuścił dwóch takich samych krążków. Niesamowicie mroczny debiut, wojenne „Thousand Swords” właśnie, podniosły „Following the Voice of Blood” (o nim tutaj), i wreszcie epicki „Immortal Pride”. A wszystko to na przestrzeni czterech lat. Świadczy to w mojej opinii o dwóch rzeczach. Po pierwsze, Darken poszukiwał, i to poszukiwanie zaczęło się już od drugiego albumu, bo debiut możemy zaliczyć do standardowych materiałów czarnej sztuki. Po drugie, jest w tym wszystkim jakaś konsekwencja rozwojowa, bo już właśnie na drugim krążku pojawia się ta późniejsza bitewność. Jeszcze pozbawiona rozmachu, jeszcze nie tak epicka, ale już niosąca tego barbarzyńskiego ducha. I dlatego właśnie można się spierać, czy „Thousand Swords” to bardziej black metal, czy też wojenny pagan metal. Bo tego ducha bojowego jest tu od zatrzęsienia, w zasadzie towarzyszy słuchaczowi cały czas. Ale to nie tylko kwestia atmosfery, bo i muzycznie nie jest to przecież krążek stricte black metalowy, choć pamiętajmy, że w 1995 roku mało kto myślał o odstępstwach od kanonów. A tu jednak zespołowi udało się tchnąć sporo nowego ducha, dodać elementy dla klasyki drugiej fali nie tak oczywiste. To przede wszystkim praca blach i sekcji rytmicznej, specyficzne wykorzystanie klawiszy (których jednak nie ma tu aż tak dużo), no i oczywiście budowa samych kompozycji, gdzie wiodącym elementem jest jednak podporządkowanie wszystkiego tej pogańsko wojennej motoryce. I to sprawdziło się świetnie. Album niesie swą podniosłością, zmieszaną z barbarzyńskim gniewem i wojennym szałem. Tu – w przeciwieństwie do późniejszych dzieł zespołu – wojna nie jest epicka, bohaterska i opiewana przez bardów. Tutaj to krew, wnętrzności i bezkompromisowa rzeź. Tu pola bitew nie są pełne strzelających w niebo pomników, tylko zmasakrowanych trupów. Zarazem jednak, jest to krążek posiadający momenty bardzo podniosłe właśnie, ale to ta podniosłość, która zagrzewa do szalonej walki. I to jest chyba największy urok „Thousand Swords”. Ten prymitywizm dzikiego, barbarzyńskiego, krwiożerczego szału, spotykający podniosłość idei, o którą przyszło walczyć. Tak ja w każdym razie odbieram ten album, od wielu już lat. W zasadzie od naszego pierwszego spotkania, gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych. Długo był to zresztą mój ulubiony album Graveland, ale teraz skłaniam się bardziej ku „Following the Voice of Blood”. Finalnie jednak nie chodzi o to, który dla kogo najlepszy, ani też o to, jak nazwiemy i do której szuflady wrzucimy ten tysiąc mieczy. Niepodważalnym pozostaje bowiem fakt, że jest to jeden z tych najważniejszych albumów rodzimej sceny. Jeden z tych, które ją budowały, kształtowały i czyniły potężną. Jeden z tych, które do dziś są potężne i dla wielu nieosiągalne wręcz. Jeden z tych, które są częścią legendy, a w zasadzie same są tą legendą. I już na zawsze nią pozostaną. 


Graveland – „Thousand Swords”. Lethal Records, 1995.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz