niedziela, 13 marca 2022

[ARCHIWUM90] #22: Nokturnal Mortum - "To the Gates of Blasphemous Fire".

 

Posiedziałbym jeszcze w Norwegii, ale czasami dobrze jest zmienić otoczenie, poza tym, ze względu na ostatnie wydarzenia i agresję kacapów, myśli jakoś same automatycznie wędrują ku Ukrainie. A jak Ukraina to przede wszystkim Nokturnal Mortum. Scena jest tam bogata, ale to właśnie zespół z Charkowa był dla mnie tym pierwszym. Podejrzewam, że nie tylko dla mnie. Jest to już swego rodzaju legenda i marka o statusie kultowym. Wydali sporo albumów, i nie wszystkie trafiają do mnie w tym samym stopniu , ale są takie, które do dziś wywołują u mnie emocje i zamiatają mą duszą i ciałem. Wśród tych ostatnich są trzy krążki pochodzące z dekady, której poświęcony jest ten cykl. Dziś będzie o tym środkowym, który w mojej opinii jest najlepszym albumem Ukraińców.

Jest to pewnie dla wielu teza bardzo ryzykowna, ale kompletnie mnie to nie obchodzi. Każdy ma swoich faworytów. W moim odczuciu, za „To the Gates of Blasphemous Fire” przemawiają dwie rzeczy. Po pierwsze jest to najbardziej black metalowy album Nokturnal Mortum. Nie ma aż tylu klawiszy, nie ma też tak wielu wpływów folkowych czy też ludowych. Drugi album zespołu ma w sobie oczywiście lekkie naleciałości regionalne, charakterystyczne dla twórczości zespołu, ale są one tylko ułamkiem tej układanki. Są tu też oczywiście klawisze, ale nie dominują tak jak na wcześniejszym „Goat Horns”, są tłem, uzupełnieniem, dopełnieniem tej muzycznej potęgi. Drugim powodem, dla którego tak wysoko stawiam „To the Gates…”, jest zapewne sentyment, i nie mam zamiaru tego kryć. Nie był to co prawda pierwszy poznany przeze mnie krążek Nokturnal Mortum, ale zrobił na mnie dużo większe wrażenie niż demo „Lunar Poetry”, czy też wspomniany już „Goat Horns”. No dobra, jest jeszcze trzeci powód. Są nim cztery kompozycje, które do dziś kładą mnie na kolana, a wtedy, w późnych latach dziewięćdziesiątych po prostu mnie zmasakrowały. Dwie stricte black metalowe, dwie mniej oczywiste. „On the Moonlight Path” ze swoim motywem przewodnim, który zawiera w sobie niesamowitą podniosłość, doskonale wymieszaną z ogromną tęsknotą i smutkiem. „The Forgotten Ages of Victories”, który jest perfekcyjnym zamknięciem dzieła i czymś tak bojowym, porywającym i wnikającym w świadomość, że nic tylko iść na barykady (i strzelać do ruskich!). Wreszcie dwie kompozycje, które stanowią o różnorodności albumu i dodają mu smaku. Świetny, instrumentalny „Cheremosh”, który doskonale sprawdza się przed finalnym aktem. Wprowadza chwilę spokoju i daje wytchnienie. No i wreszcie utwór widmo, czyli „Через рiчку, через гай”. Dlaczego widmo? Otóż jest to kompozycja, która rzadko pojawia się na wznowieniach krążka. Była natomiast na pierwszym wydaniu kasety, a to właśnie miałem. Jest to ukraińska piosenka ludowa, zaserwowana tu w formie black metalowej i dla mnie to jest absolutny sztos. Niestety, miałem już kilka wydań „To the Gates…” na CD, i na żadnym tego utworu nie było. Ale on ciągle mi w głowie gra. Takich rzeczy się nie zapomina. Oczywiście wymieniłem tu cztery kompozycje, ale w każdej znajdziemy coś, co zasługuje na wyróżnienie. Bo tu nie ma kiepskiego fragmentu, nie ma dłużyzn, nie ma nudy, nie ma ziewania. Tu jest prawdziwa wojna, szaleńcza bitwa ze wszystkim co święte. To jeden z tych albumów, które mógłbym bez zawahania określić jako „bitewny black metal”. To też jeden z tych krążków, które zmiatają słuchacza w moment, porywają go od pierwszych sekund, i nie puszczają przez długie lata. I choć w kolejnych latach Nokturnal Mortum wypuszczało albumy świetne, lub po prostu bardzo dobre, często nawet dużo bardziej oryginalne i zróżnicowane, choć ich warsztat rósł, to dla mnie wciąż najlepszy jest „To the Gates of Blasphemous Fire”. I to – patrząc na kierunek w jakim poszli – już się raczej nie zmieni. I wcale nie musi, bo w końcu po co, skoro dzieło wybitne już stoi na półce, i gra w sercu i głowie. To album, który jest prawdziwym zwycięstwem, o którym zapomnieć się nie da. 


Nokturnal Mortum – „To the Gates of Blasphemous Fire”. Oriana Music, 1998.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz