wtorek, 1 lutego 2022

Nie wszystek umrę.

 

Czekałem na trzeci album niemieckiego Mavorim jak na wolny pisuar po czwartym piwie. Przebierając nogami i poganiając tych, co przede mną. Nie miałem niestety możliwości zmobilizowania muzyków, ale na szczęście nie kazali długo czekać. Cała ta niecierpliwość to zasługa wydanego w 2020 roku – doskonałego – „Axis Mundi” (o nim tutaj). I nie tylko oczywiście, bo wszystko co ukazało się pod tym szyldem, jest co najmniej solidne. „Non Omnis Moriar” ukazał się w grudniu poprzedniego roku i nie zawiódł. Warto było czekać, bo następca „Axis Mundi” jest chyba jeszcze lepszy od poprzednika.


Chyba, bo tak naprawdę oba są po prostu świetne. Bez wątpienia jest to kontynuacja tamtego stylu, zresztą – stylu prezentowanego i rozwijanego od początku twórczej działalności Mavorim. „Non Omnis Moriar” wydaje się być po prostu albumem jeszcze bogatszym, jeszcze bardziej zróżnicowanym, z jeszcze większym naciskiem na klimat i atmosferę. Nie sądziłem, że to możliwe, po tych wszystkich aranżacyjnych szaleństwach poprzednika, ale okazało się, że Baptist znalazł sposób, a tym samym pchnął twórczość projektu krok do przodu i stopień wyżej. Nie oznacza to jednak niepotrzebnego eksperymentowania. Mavorim wciąż znajduje się w swojej krainie, w swoim świecie, na swojej ścieżce. To nadal black metal klasyczny, osadzony w drugiej fali i jemu hołdujący, wzbogacony o – standardowe już dla zespołu – szerokie spektrum aranżacyjne. Klawisze, czyste wokale, akustyczne gitary to dla Mavorim tak samo ważny środek wyrazu jak instrumentarium podstawowe. I nie byłoby w tym nic zaskakującego, bo nie oni pierwsi i nie ostatni, po prostu Niemcy potrafią te rzeczy wspaniale wykorzystać. W odpowiednich proporcjach, w odpowiednich momentach, dzięki czemu wszystko jest odpowiednio wyważone. „Non Omnis Moriar” ma w sobie nadal masę agresji, pierwotnej siły black metalu, mroku i ciemności, ale prowadzi nas też na ścieżki spokojne, pomiędzy leśne ostępy, gdzie tylko cisza jest muzyką. A wszystko to dzieje się wieki temu, bo Mavorim lubi w swych dźwiękach zamknąć odrobinę ducha średniowiecza, odrobinę mistycyzmu i dawnych legend, zapomnianych opowieści, które nie zawsze należą do tych wesołych. Dzięki temu każdy album Niemców porywa nie tylko muzyką, ale i atmosferą. Nie inaczej jest w przypadku trzeciego krążka. To trwająca prawie pięćdziesiąt minut muzyczna opowieść, której momentami słuchamy z wypiekami na twarzy. Nie trudno przy niej uciec myślami i duszą do wspomnień, dawnych czasów, leśnych ostępów i lochów pełnych pajęczyn. Nie trudno puścić wyobraźnię luzem i dać jej pędzić swobodnie do miejsc, które tylko ona potrafi zrodzić. Tak było przy „Axis Mundi”, tak jest teraz, nie traci więc Mavorim tej swojej magicznej siły porywania słuchacza. Po raz kolejny jest to krążek absorbujący, wciągający i wymagający, ale zasługuje na każdą chwilę, którą postanowimy mu dać. Odpłaci się doskonale spędzonym czasem. I całym wachlarzem emocji.

„Non Omnis Moriar” potwierdził bardzo mocną pozycję Mavorim w niemieckim podziemiu. Pewnie nie tylko w niemieckim, ale tam jest to dla mnie ścisła czołówka. Jak ktoś jeszcze nie miał z nimi styczności, to szczerze polecam. Szczególnie dwa ostatnie albumy, choć jeśli odpalicie jedynkę lub jakieś demo czy EP, też nie będziecie zawiedzeni. A „Non Omnis Moriar” to dla mnie black metalowa czołówka zeszłego roku, choć – ze względu na wielkie bogactwo wydawnicze tamtych dwunastu miesięcy – poza pierwszą dziesiątką. 


Mavorim – „Non Omnis Moriar”. Purity Through Fire, grudzień 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz