piątek, 4 lutego 2022

Kult.

 

Przyszły do mnie z Fallen Temple dwa wydawnictwa Vonülfsrëich, i choć jedno z nich zawiera tylko jeden utwór to nie będę jednak pisał o nich zbiorczo. Ponieważ kryterium muzyczne nie ma tu większego znaczenia (bo muzyka Finów nie zmienia się znacząco), przyjmę porządek chronologiczny i dziś przeczytacie o materiale wydanym w lutym 2021 roku (choć Fallen Temple wypuściła go w grudniu). „The Cult” to epka zawierająca pięć numerów i nie przynosząca kompletnie nic nowego jeśli idzie o twórczość zespołu. Co oczywiście należy zapisać jako plus.

Miałem już przyjemność pisać o Vonülfsrëich, bo nasza Fallen Temple wydaje ich już od jakiegoś czasu. Trochę te poprzednie teksty były na bakier z chronologią, bo w listopadzie 2019 pisałem o epce „Ylfsreälm Inguz”, wydanej we wrześniu tamtego roku (tu), natomiast w kwietniu 2020 recenzowałem jedyny jak dotąd pełnowymiarowy album „Hyperborëan Hills” (tu). Fallen Temple wydała go w marcu 2020, ale tak naprawdę jest starszy od „Ylfsreälm Inguz”, bo pochodzi z 2017 roku. Piszę o tych zawiłościach nie bez powodu. „The Cult” dużo bowiem bliżej właśnie do jedynego pełniaka, aniżeli do materiałów czasowo mu bliższych. Można oczywiście stwierdzić – nie bez racji – że w przypadku Finów to naprawdę nie ma wielkiego znaczenia, bo przecież u nich podstawa i fundament zawsze jest taki sam. Stara szkoła, piwnica, las, loch, brud, prymitywizm i diabeł. Prawda. Zero pomyłki. Ale o ile epka z 2019 roku dużo bliżej miała do klasycznej drugiej fali, tak „The Cult” znowu mocno stawia na mariaż lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Pięć bezkompromisowych numerów (ostatni to cover Wizzard, ale zagrany na modłę Vonülfsrëich) wypełnionych diabłem i podziemiem do granic możliwości. Materiał nie jest długi, jest natomiast szybki, zwarty, brudny i mocny. Brzmienie podbite ciężarem znanych z lat osiemdziesiątych mistrzów z Hellhammer, Celtic Frost czy też Bathory, spotyka tu wczesny Mayhem i Darkthrone. Wszystko odbywa się kilkanaście metrów pod powierzchnią, jest oblepione brudem i siarką. Nie ma tu miejsca na filozoficzne dyrdymały, podziwianie piękna fińskich lasów i długie, samotne wędrówki w poszukiwaniu sensu życia. Jest natomiast – już na otwarcie – dobitne wyrażenie swych odczuć co do rodzinnego miasta Oulu. Po tytule wnioskuję, że panowie nie są wielbicielami, ale tekstu nie miałem okazji przeczytać, więc głowy nie dam. Przede wszystkim jest szybko, ale choćby w drugiej kompozycji dostajemy fajne, ciężkawe, średnie tempa. Bo Finowie nie tylko pędzą na złamanie karku, oni chcą słuchacza pognębić na różne sposoby. Koniec końców kompletnie nieistotne jest tempo. Ważny jest całościowy odbiór, a ten może być tylko jeden – „The Cult” ma tytuł skrojony idealnie pod siebie, bo jest po prostu hołdem dla kultowych wykonawców. Dla starej szkoły grania, bez żadnych kompromisów i zastanawiania się, czy tak wypada. Tutaj chodzi tylko o zło, agresję i rogatego. I bardzo dobrze. Niczego innego od nich nie oczekiwałem. Gdyby zaczęli grać pościelówki to wręcz bym się obraził. Vonülfsrëich nie zawodzi. Nowych fanów pewnie nie znajdzie, ale starych nie zawiedzie. Podejrzewam zresztą, że i jedno i drugie kompletnie im zwisa. To jest wojna, nie przyjęcie towarzyskie.

Swoją drogą naprawdę chętnie przeczytałbym tekst do „Oulu Finland Fuck Off”. Jak ktoś dorwie (we wkładce niestety nie ma), to proszę dać znać.


Vonülfsrëich – „The Cult”. Fallen Temple, grudzień 2021.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz