piątek, 11 lutego 2022

Głos z ciemności.

 

Byłeś ojcem nas wszystkich. Wszystkich tych, którzy teraz i tu, wtedy i tam, mówili, że bóg to ich wróg. My wszyscy z Twego głosu jesteśmy, byliśmy i będziemy. Z Twoich słów. Często trudnych, niezrozumiałych – a jeśli to dopiero po czasie – słów pokręconych, odrealnionych, nie z tego świata. A jednak tak boleśnie przyziemnych, tak dosłownie prawdziwych i – często – proroczych. To była poezja życia, jego codzienności, namacalnych problemów, brudu, zmartwień, kłopotów i udręki. Ale była to też poezja po życiu, poezja innych wymiarów i zaświatów, która z zawieszonego w celi sznura potrafiła płynnie przejść do magii dzikich borów i życia po życiu. Potrafiłeś porwać nas w każdym wymiarze, w każdym aspekcie życia, a my – młodzi czy starzy, bez znaczenia – chcieliśmy dać się porwać, bo każda grupa, każdy ruch, potrzebuje swego wieszcza, swego proroka. Byłeś nim Ty.

Nie mam jednak wątpliwości, że wyrastałeś ponad metal. Choć to on był prawdą, to on dał nam Ciebie, i choć może nie zdawaliśmy sobie z tego do końca sprawy – bo dla nas byłeś nasz – Twoje słowa wznosiły się wyżej, żadna rama gatunkowa nie potrafiła ich uwięzić, zamknąć i spętać. I teraz wiem, że tak naprawdę nie byłeś tylko naszym głosem, byłeś głosem swego czasu. Jednym z tych nie do końca zrozumianych poetów, którzy lata czekają na uznanie, bo przez ówczesnych im nie do końca byli zrozumiani. My chcemy myśleć, że Cię rozumieliśmy, ale czy tak naprawdę było? Czy tak jest? Każdy może odpowiedzieć sobie sam na to pytanie, ja szukam na nie odpowiedzi od lat. I nie znajduję, bo tak naprawdę w głębi siebie czuję, że daleko mi do Twojego spojrzenia, Twojego odbierania, odczuwania i przede wszystkim – opisywania tego. Wyprzedzałeś nas wszystkich.

I wszyscy zawdzięczamy Tobie bardzo dużo. Wiele żyć zmieniłeś, rozpaliłeś dużo ognia, nie tylko jednostkowo. Nawet ci, którzy nie do końca muzycznie doceniali Kata, powinni zrozumieć, że bez niego, bez Ciebie, nie byłoby metalu w Polsce - takiego, jakim go znamy. Bo od wczesnych lat osiemdziesiątych szedłeś na jego czele. Przychodziły różne odmiany, mody, trendy, sezonowe gwiazdy, ale Kat był zawsze tam, gdzie być powinien. Na czele. Na piedestale. A przecież nie ma (nie było i nie będzie!) Kata bez Romana. Świat może sobie mieć tych wszystkich swoich Quorthonów, Euronymousów i innych Nodtveidtów, ale my mamy Ciebie. Mieliśmy, mamy i będziemy mieli. Bo tacy jak Ty nie odchodzą. Zostają w sercach i pamięci, jak wryci w skałę, która oprze się wszystkim wiatrom i deszczom.

Miałem to szczęście poznać Cię osobiście, spędzić kilka godzin na rozmowie. Był to dla mnie magiczny wieczór. Ale miałem też szczęście być na Twoich koncertach. Nie wiem ilu. Nie zliczę. Nie wiem ile razy płakałem śpiewając ze Spodkiem czy Mega Clubem „Łzę”. Wiem, że za każdym razem, idąc na koncert, na najlepsze z możliwych spotkań z Tobą, miałem ciarki. Za każdym razem gdy zaczynał się koncert, cały drżałem, choć przecież można powiedzieć, że byłem w domu, w środowisku doskonale sobie znanym. Ale tak, to właśnie był dom, miejsce bezpieczne, miejsce, w którym chciało się być. Miejsce, do którego chciało się wracać. Bezpieczny port. I wiesz, Roman, ten okręt nadal płynie, bo są historie, które nigdy się nie kończą. Twoja trwa, i będzie trwała, bo nie ma takiej siły, która zrzuciłaby Cię w niepamięć. Świat był zawsze nasz, prawda?

Prawda to Metal. I Piekło.

Dziękuję za wszystko. 
 

Roman Kostrzewski. 15.02.1960 - 10.02.2022


"Ślepcze, noc - to mój cień

Świat na progu wielkich dzieł

Jestem tu bo już czas byś zobaczył jeszcze raz

Jak magia sił diabelskich nóg

Rozdepcze dom kłamcy

Rozdepcze na proch"


2 komentarze:

  1. Bardzo pięknie powiedziane, wszystko co czuję po śmierci Romana jest idealnie wyrażone.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń