środa, 2 lutego 2022

Ból świata.

 

Nyctophilia, jednoosobowy projekt Griefa, gości już u mnie po raz czwarty (tu znajdziecie poprzednie recenzje). I z każdą wizytą coraz lepsze jest to towarzystwo. Poprzedni album, wydany w 2019 roku „Bezdeń”, sprawił mi sporo przyjemności, ale najnowszy daje jej jeszcze więcej. Bo Nyctophilia rozwija się w kierunku, który bardzo mi odpowiada. Droga tego projektu zaczęła się w rejonach smutnych, depresyjnych i – dla mnie – nieznośnie atmosferycznych, by teraz zasiąść już wygodnie w krainie black metalu z krwi i kości. „Weltschmerz” to pierwszy tak jednorodny album projektu, osadzony w klasycznej stylistyce czarnej sztuki.

Szósty pełniak Nyctophilii to trzeci wydany pod szyldem Wolfspell Records. Współpraca najwyraźniej służy tak zespołowi jak i wydawcy, z czego tylko i wyłącznie należy się cieszyć, bo efekty są bardzo udane. Płyty prezentują się doskonale, a sama Nyctophilia dobrze komponuje się z resztą katalogu wrocławskiej wytwórni. Bo choć zmierza w stronę agresji, klasycznie podziemnego i piwnicznego black metalu, to wciąż ma w sobie ten „atmosferyczny” pierwiastek, który tak dobrze znamy z wielu wydawnictw Wolfspell. „Weltschmerz” ma go jednak w sobie mniej niż dwa lata starszy „Bezdeń”, jest też dużo bardziej jednorodny i agresywny. I w to mi graj! Tak, wiem, może nie powinienem przesadzać z entuzjazmem, ale naprawdę cieszę się, że Grief poszedł taką, a nie inna drogą, bo okazuje się, że świetnie się w takim świecie odnajduje. Doskonale potrafi zachować pierwotne DNA projektu, ubierając je jednak w mocniejsze, agresywniejsze i bardziej klasyczne szaty. Miesza się więc tu black metal taki, jaki black metal być powinien – szybki, zimny, posępny i bezkompromisowy, z elementami niesamowicie klimatycznymi, gdzie dominują ambientowe, klawiszowe wstawki. Są one jednak w zdecydowanej mniejszości, doprawiając jedynie krążek, pod żadnym pozorem nie stanowiąc jego kręgosłupa. Tym ostatnim jest black metal brzmiący lekko piwnicznie, przesiąknięty atmosferą tęsknoty i chłodu, daleki jednak od płaczliwych, depresyjnych plumkań. Trafiają się nawet momenty podniosłe, bardzo bojowe, w których jednak nadal znaleźć można nostalgię. I jest to mikstura bardzo udana, dzięki temu „Weltschmerz” jest albumem bogatym w doznania. Doskonałą robotę robią też melodie przewodnie, takie jak w trzeciej (no to jest hit!) czy czwartej kompozycji. Chwytliwe, zwracające uwagę, jednak nie na tyle by zaburzały klimat i budowę albumu. Tak jak te atmosferyczne wstawki, po prostu go dopełniają. Dominuje tu jednak agresja. Nie jest ona dzika, szalona, nie jest to zwierzęca furia, nie jest to tornado, to raczej zamknięta w klatce, miotająca się tęsknota i rozpacz. To gniew z niej zrodzony, który czasami gaśnie, by dać moment głębszym refleksjom czy wspomnieniom, jednak nigdy nie gaśnie całkowicie. Szósty album Nyctophilii trwa dwadzieścia minut dłużej od poprzednika, który – jak już wspomniałem – nie był tak jednorodny. „Bezdeń” był wyborem pewnej drogi, początkiem zmian, miał więc w sobie sporo do poprawy. „Weltschmerz”, poprzez swą jakość i długość udowadnia, że wybór ten był słuszny. Mógł przecież Grief po raz kolejny nagrać trzydzieści minut muzyki, on jednak czuje się na tyle dobrze w takiej konwencji, że krążek trwa minut pięćdziesiąt. To tez sporo mówi. I co najważniejsze, absolutnie nudny nie jest, choć składa się jedynie z pięciu kompozycji. Możecie więc domyślić się, iż są długie. Tak, ale na tyle ciekawe, że brzmi to wszystko jakby było ich co najmniej kilka więcej. Fajnie, cieszę się, podoba mi się dzisiejsze oblicze Nyctophilii. Mam nadzieję, że takie pozostanie. „Weltschmerz” to – biorąc pod uwagę wszystkie projekty Griefa – najlepsze pięćdziesiąt minut muzyki, które wyszło spod jego ręki. Polecam.


Nyctophilia – „Weltschmerz”. Wolfspell Records, październik 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz