niedziela, 27 lutego 2022

[ARCHIWUM90] #20: Enslaved - "Frost".

 

Pozostajemy w Norwegii. Z okolic Oslo i Półwyspu Nesodden przenosimy się do Haugesund, czyli na zachodnie wybrzeże tego pięknego kraju. Sama Norwegia zrodziła w latach dziewięćdziesiątych tyle doskonałych krążków, że moglibyśmy pozostać tam długo. Nie wiem jednak co będzie w kolejnych tygodniach, dziś jednak kraina fiordów – pośród których leży Haugesund – to nasze środowisko naturalne. Tak jak dla drugiego albumu Enslaved, którego okładkę zdobi zdjęcie jednego z nich w zimowym wydaniu. „Frost”, dla mnie osobiście album gigant, jedno z najlepszych dzieł norweskiej drugiej fali, choć przecież nie jest to stricte black metal.

Enslaved, choć był bez wątpienia częścią eksplozji norweskiego black metalu we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, stał jednak trochę z boku. Głównie ideologicznie, choć i muzycznie poniekąd również. Panowie nigdy nie biegali w makijażach, nie gloryfikowali diabła i ciemności, nie określali siebie jako satanistów. Od początku kroczyli ścieżką rodzimych wierzeń i tradycji, nawiązywali do skandynawskiej mitologii, do okresu wikińskich podbojów i dominacji. I to ich wyróżniało. Zarazem jednak byli częścią muzycznego ruchu, który na trwałe wpisał się w historię metalu. Byli częścią tamtej sceny, nawet jeśli nie brali udziału w przepychankach, podpaleniach i innego rodzaju aktywności pozamuzycznej. Środowisko w którym się obracali miało jednak na nich wpływ, poza tym – tworzyli w tym samym czasie i inspirowały ich te same, bądź podobne rzeczy, ci sami wykonawcy z przeszłości. I to oczywiście w ich muzyce słychać, choć robili wszystko, by nie być typowym przedstawicielem norweskiej sceny black metalowej. Nie chcieli wyróżniać się tylko ideologicznie, zależało im, by muzyka współgrała z treścią, a co za tym idzie – musiała być trochę inna. I była. Może nie słychać tego tak dobitnie na najwcześniejszych wydawnictwach, ale już taki „Vikingligr Veldi” był czymś wyraźnie odmiennym. Apogeum swego wczesnego stylu osiągnęli jednak na drugim krążku, który w mojej ocenie jest ich najlepszym albumem. Najbardziej charakterystycznym, najbardziej wymownym, najciekawszym i nadal bezkompromisowym. Jego następca „Eld” – będący także wydawnictwem bardzo dobrym – rozpoczął już jednak drogę ku późniejszym, spokojniejszym i progresywnym obszarom. A „Frost” to wciąż kawał wspaniałego, rasowego, metalowego grania. Do dzisiaj można spotkać się z różnymi opiniami co do tego, jak go określać. Czy to black metal? Czy może viking metal? A może pagan black metal? Zdań było wiele, dla mnie wiążące jest to, co znaleźć możemy we wkładce. A tam jasno jest napisane, że „Frost” to viking metal. Jeśli więc zespół tak to widzi, ja nie mam zamiaru dyskutować. Oczywiście muzycznie wiele tu black metalu, bo trudno by było inaczej, choćby ze względów o których pisałem wyżej. Ale jednak ma ten album swoje własne, oryginalne oblicze. Nie jest to co prawda „Hammerheart”, ale należy pamiętać, że termin „viking metal” pojawił się już przy „Blood Fire Death”, a jemu przecież do „Frost” dużo bliżej. Trzymał więc będę stronę zespołu, bez względu na to, co sądzą inni. Sam album to dla mnie dzieło bardzo przemyślane, począwszy od okładki, przez tytuły i teksty (wszystko odnosi się tu do mitologii i wierzeń), samą muzykę, po resztę oprawy graficznej i zdjęcia zespołu. Tytuł doskonale pasuje do okładki, a intro do jednego i drugiego. Doskonała, oszczędna i zimna klawiszowa kompozycja stanowi perfekcyjne otwarcie krążka. Ten chłód i zimno pozostają ze słuchaczem do końca, i choć na upartego można powiedzieć, że podstawę stanowi tu granie black metalowe – choćby ze względu na motorykę czy brzmienie – to jednak jest ono doprawione w stylu oddającym bardzo udanie klimat Skandynawii wczesnośredniowiecznej, jej wierzeń i mitów. Poza normalnym basem, który notabene jest dobrze słyszalny, użyty został też bas bezprogowy (gra na nim legenda produkcji norweskich, czyli Pytten), często wykorzystywany w projektach folkowych. Charakterystyczna melodyka, bojowy klimat i doskonałe wokale w ojczystym języku dopełniają całości. Znajdziemy tu także rzeczy takie jak akustyczne gitary i klawisze, które także udanie budują atmosferę. No i jest wreszcie ten bardzo charakterystyczny „Yggdrasil”, z czystymi wokalami i instrumentami tradycyjnymi. Wspaniała kompozycja, która wyśmienicie uzupełnia album. Większość utworów porywa jak północny wiatr. Początek „Svarte Vidder” czy trzeciego „Fenris” to już klasyka. Nie ma jednak większego sensu wymienianie ciekawych fragmentów „Frost”, bo za dużo ich tu. Całościowo krążek jest bardzo spójny, doskonale wyważony i niesamowicie zajmujący. To pięćdziesiąt minut prawdziwej uczty, wysmażonej w czasach, gdy scena ziała ogniem i sławiła Szatana. Tutaj rządzi Odyn. I wychodzi mu to bardzo dobrze. Nie jest to jednak dobry wujek Odyn, a Odyn bezwzględny, agresywny i nie mający litości dla wrogów. „Frost” to także kolejny album z tamtych czasów, który budował potęgę młodej Osmose Productions. Jeden z tych krążków, które nie tylko do dzisiaj pokazują jej wielkość, ale także otwartość i dalekowzroczność. Enslaved ze swoją inną oprawą mógł zostać pominięty, pozostawiony na marginesie, ale jednak tak się nie stało. Przebił się, ale nie tylko dlatego, że był oryginalny i jedyny w swoim rodzaju. Dlatego, że po prostu był bardzo dobry w tym, co robił. I choć dzisiejsze dokonania Ivara i Grutle nie są dla mnie niczym przyspieszającym bicie serca, to te najstarsze nawet teraz potrafią mnie przyprawić o gęsią skórkę i wypieki. A „Frost” stoi na ich czele. Absolutny pomnik. 


Enslaved – „Frost”. Osmose Productions, sierpień 1994.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz