wtorek, 11 stycznia 2022

Wulkan.

 

Fiński Morgal, choć istnieje od 2014 roku, to moją uwagę zwrócił dopiero w 2018, za sprawą epki zatytułowanej po prostu „Morgal”. Odbiła się ona zresztą szerszym echem nad Wisłą, bo pamiętam sporo pozytywnych reakcji. Nic dziwnego, był to materiał naprawdę solidny, choć bez większych fajerwerków. Nikt chyba nie przypuszczał – w każdym razie ja nie – że Finowie kilka lat później wypuszczą taką bestię jak „Nightmare Lord”. Pierwszy duży krążek w ich twórczości to jest prawdziwy potwór, trzydzieści pięć minut doskonałego black metalu, doprawionego szczyptą kilku innych gatunków.

To jeden z tych krążków, które potrafią człowiekiem zawładnąć w całości. Premierę miał pod koniec października zeszłego roku i od tamtej pory jest moim wiernym towarzyszem. Nie zliczę ile razy już go słuchałem. A przede mną jeszcze masa z nim spotkań, bo nie nudzi się kompletnie. Zdecydowana czołówka poprzedniego roku, krążek, który bliski jest pierwszego miejsca w podsumowaniu. Dlaczego? Ano dlatego, że Finowie wspaniale połączyli najlepsze elementy kilku gatunków bardzo energetycznych, dzięki czemu „Nightmare Lord” to prawdziwy wulkan mocy i energii. Podstawą jest tu black metal, i to ten fiński, ze sporą ilością powietrza i motoryką nie obfitującą w blasty, z dużą ilością melodii. Dominują tu tempa szybkie i średnie, dzikie galopady i natchnione szarże, niemiłosiernie niosące porywające riffy i melodie. Tak, ten krążek to szarża lekkiej kawalerii, prezentującej się majestatycznie na tle przeciwnika i będącej pewnej zwycięstwa. Moje linie obronne pokonali momentalnie, choć przyznam – nie okopywałem się jakoś mocno. „Nightmare Lord” zmiótł mnie przy pierwszym podejściu, co nie znaczy, że to album, który poznać i docenić można po jednym odsłuchu. Oj nie moi drodzy. Tu jest tyle smaczków, tyle pięknych fragmentów, które kojarzą się z obszarami dalekimi od black metalu, że starczy na przesłuchań setki. Nie jest oczywiście sztuką wrzucić speedową motorykę, heavy metalowe solówki czy odrobinę thrashowego ciężaru i uznać dzieło za skończone. To już przecież robiło wielu. Trzeba przede wszystkim wiedzieć jak to zrobić, by miało to ręce i nogi. A pierwszy duży album Morgal ma co najmniej cztery ręce i dziesięć nóg. Przecież to jest istne szaleństwo! Siedzisz sobie na tych pozycjach obronnych, widzisz tych kawalerzystów, i choć w rzeczywistości jest ich stu, masz wrażenie, że to cała armia. Tak pięknie galopują i takie robią wrażenie, że zamiast się bronić, patrzysz jak urzeczony. No i po tobie. To co tu wyczyniają gitary, jest poza moimi możliwościami opisowymi, bo Finowie zebrali tu chyba pomysły od wszystkich swoich fanów. Nie ma szans, by kilku gości mogło stworzyć coś takiego. Musiał być jakiś konkurs – ogłoszony w wielkiej tajemnicy – „wyślij nam ciekawy riff lub melodię”. No i wysyłali, bo tym co znajdziemy na „Nightmare Lord” można obdzielić bez problemu kilka albumów. Do tego doskonała praca sekcji rytmicznej. Bez tak wspaniale pracującej perkusji nie da się stworzyć albumu tak mocno kipiącego energią. No i szalone wokale, niby standardowe, ale jednak gdzieś tym standardom momentami umykające. Każdy element tego krążka jest sam w sobie świetny, ale zebrane do kupy, odpowiednio zmiksowane, dają dzieło doskonałe. Tak, produkcja też porywa, jest dynamiczna, wyraźna, mocna, ale zarazem przestrzenna i na tyle ostra i agresywna, by być daleką od hitowej. Bo tak naprawdę hitów tu nie ma. Albo, co chyba będzie lepszym stwierdzeniem – są same hity, trudno po prostu wyróżnić którąkolwiek kompozycję. Największym hitem jest jednak cały krążek, który od pierwszej do ostatniej sekundy jest nieokiełznaną dawką mocy. Energia, siła, szybkość, melodia, piękno, agresja, moc, szaleństwo… nazwijcie to sobie jak chcecie, bo wszystko to tu jest. I niczego nie brakuje. Cios. Bezapelacyjnie czołówka 2021 roku. Ścisła czołówka. Podium.


Morgal – „Nightmare Lord”. Werewolf Records, październik 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz