środa, 26 stycznia 2022

Szczecińskie ptaki.

 

Do recenzji przyszła płyta ze Szczecina. Kiedyś dawno, dawno temu, miasto to było metalową potęgą, a w każdym razie sporą siłą na mapie krajowego podziemia i fanowskiej aktywności. Ale to było wtedy, kiedy nawet ja byłem bardzo młody, czyli naprawdę dawno temu. Teraz rzadko słychać o grodzie Gryfitów w kontekście najcięższej z muzycznych sztuk. Nie wykluczam, że istnieje tam prężne podziemie, po prostu nie widzę by cokolwiek naprawdę wartego uwagi wypływało stamtąd na szersze – choćby krajowe – wody. Czy krążek Veles Court może w jakimkolwiek stopniu zmienić moje postrzeganie? Cóż, powiadają, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, poza tym „Fields of Nephilim” bliżej do wróbla.

Na potrzeby tej recenzji przyjmę, iż nazwa Veles Court nie mówi Wam wiele. Nie będzie to raczej wielkie ryzyko z mojej strony. Mi nie mówiła nic, dopóki nie napisał do mnie ich wokalista. Przybliżę więc pokrótce. Grają od 1993 roku, czyli długo. Tamte lata to brak aktywności wydawniczej, tylko koncerty, których podobno zagrali sporo. Pierwszy krążek („Modlitwa do Słońca”; znajdziecie go na youtube) zespół wydał dopiero w 2014 roku, drugi – czyli właśnie „Fields of Nephilim” – w 2021. Veles Court to w tej chwili duet. Tyle historii. Pierwszego albumu nie słyszałem, nie będę więc do niego wracał ani się odnosił. Drugi natomiast obraca się w kręgu death/thrash, ale to tylko ogólny drogowskaz, bo inspiracji i wpływów jest więcej. Album brzmi bardzo nowocześnie, choć czuć i słychać, że same kompozycje stworzone zostały przez ludzi mocno osadzonych w latach dziewięćdziesiątych. Bardziej jednak pasowałoby tu brzmienie brudniejsze, potężniejsze, po prostu bardziej podziemne. Bo to co dostajemy brzmi zbyt syntetycznie i niestety kojarzy mi się niechlubnie z metalem proponowanym przez Nuclear Blast. I to chyba jest mój największy problem z drugim krążkiem Veles Court. Bo same numery są niezłe. Zróżnicowane tempa, momentami ciekawe aranżacje – na szczególną uwagę zasługują klawisze, użyte sensownie, dobrze podkreślające i dopełniające gitary. To jest ten element, w którym słychać doświadczenie muzyków, ich znajomość gatunku i możliwości instrumentów, bo wrzucając parapet w towarzystwo grania raczej ciężkiego, można się mocno przejechać. Tutaj udało się to fajnie. Co jeszcze na plus? Gitary. Kilka riffów naprawdę udanych, kilka szaleństw wibratorowych w starym stylu, jedna czy dwie solówki zwracające uwagę. Nic odkrywczego, nic co mogłoby zapewnić Veles Court nieśmiertelność, po prostu dobrze odrobiona lekcja. To samo w kwestii wokali, tutaj tylko mała uwaga – chyba darowałbym sobie polskojęzyczne teksty, a jeśli już je wrzucać (co zawsze popieram!) – to jednak trochę trzeba by nad nimi więcej popracować. Najlepsza jednak jest końcówka, i mam tu na myśli dwa ostatnie numery (bez bonusowego, który tak naprawdę jest ostatni, ale niejako ukryty). Cover „Countess Bathory” Venom, zagrany ciężej niż oryginał, jest bardzo przyjemny dla ucha, choć pewnie głównie dlatego, że to po prostu Venom i chyba ciężko coś tu schrzanić. No i ostatni instrumentalny „March of the Damned”. Ciekawa kompozycja, choć daleka od metalu. Fajnie zamyka materiał, stąd też ten bonusowy numer trochę niepotrzebnie został dodany.

Co więc z tą jaskółką czy też wróblem? Drugiemu albumowi Veles Court na pewno bliżej do tego drugiego ptaka, bo niczym szczególnym się nie wyróżnia. Świata panowie nie zawojują – na to już zresztą dawno za późno, o czym bez wątpienia wiedzą dobrze – ale fajnie, że grają, że się nie poddali, że trwają w swojej pasji. Mam nadzieję, że będą grali nadal, bo jeśli coś kochasz, nie przestawaj tego robić. No chyba, że to narkotyki. Wtedy lepiej przestań. Dobra rada wujka Bartka – dzieci, nie bierzcie narkotyków! 


Veles Court – „Fields of Nephilim”. Wydanie własne (CD, Digital), 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz