czwartek, 6 stycznia 2022

Powrót północnego zimna.

 

Ostatnie miesiące 2021 roku przyniosły kilka bardzo ciekawych krążków. Jednym z nich jest trzeci album Warloghe. Finowie to uznana marka w podziemiu, choć chyba nawet w nim nie są w pierwszym szeregu rozpoznawalności. Kto ma znać, ten zna, gdy więc gruchnęła wieść o nowym krążku, bardzo się ucieszyłem. Trzeba tu zaznaczyć, że poprzedni ukazał się w 2003 roku, przerwa była więc bardzo długa. Sytuacja podobna do tej, którą mieliśmy w przypadku Helwetti (o nich tutaj), choć oczywiście nie do końca. Oba zespoły są ze sobą powiązane, można więc mówić o przebudzeniu tego obozu twórczego (tylko poniekąd oczywiście, ze względu na czas powstawania tych materiałów), co zaowocowało dwoma bardzo dobrymi albumami, ale to jednak trójka Warloghe robi na mnie dużo większe wrażenie.

Zespół to stary, bo granie rozpoczął w połowie lat dziewięćdziesiątych, co sytuuje ich wśród największych weteranów fińskiej sceny, którzy wciąż są aktywni (w tej chwili to już chyba tylko jednoosobowy projekt). Trzy duże krążki, kilka pomniejszych wydawnictw, bardzo długa przerwa (w trakcie której powstawał najnowszy krążek; muzyka pochodzi z lat 2003 – 2007). To tak w skrócie, bo też i nie ma się co rozpisywać. Warloghe to twór iście podziemny, nie mający nawet chęci wychodzenia z tych podziemi. Od początku swego istnienia gra to samo i najnowszy album tego nie zmienia. „Three Angled Void” to nieco ponad pół godziny klasycznego, brudnego, surowego black metalu. Północna zima miesza się tu z zatęchłym lochem. Ośnieżony las, skute mrozem jeziora, światło księżyca i podziemia pełne plugastwa. Nigdy nie była to twórczość odkrywcza i nadal nie jest. Muzyka Finów bazuje na klasycznych fundamentach drugiej fali, sprawnie wykorzystując dostępne w tym obszarze środki wyrazu, nie popadając jednak w przesadę. Powiem więcej – aranżacyjnie Warloghe to zawsze był twór skromny i oszczędny. Nie znajdziecie tu klawiszowych pasaży, akustycznych gitar i czystych wokali. Nie. Tu klimat zimna, zła i podziemia tworzą klasyczne instrumenty, plus doskonały wokal. Jest to album do bólu prosty, ale i do bólu naturalny i szczery. To po prostu black metal spontanicznie wyrzucony z twórcy, bez zbędnego kombinowania i komplikowania sprawy. Nic tu nie ma być piękne, nie ma być porywające (choć kilka takich momentów się zdarza), nie ma być hitowe czy rozrywkowe. To ma być rzecz odpychająca, brudna, zła i nie dla każdego. I taka właśnie jest. Brzmienie jest wprost cudowne. Mogę zaryzykować twierdzenie, że perfekcyjne. Kłuje lodem, ale zarazem atakuje brudem i piwnicą. Odpycha i przyciąga. Tak jak same kompozycje, które momentami bardzo mocno potrafią słuchacza zaintrygować, ale większość czasu to po prostu dźwiękowe zło i brud, w zimowej oprawie. Bardzo chłodny jest to album. Z jednej strony mocno odhumanizowany, z drugiej pełen atmosfery i uczuć. Wydaje się to być trudnym połączeniem, tu jednak – w mojej opinii – udało się bardzo dobrze.

Bardzo lubię wcześniejszą twórczość Warloghe, muszę jednak całkowicie szczerze przyznać, że „Three Angled Void” to ich najlepszy krążek. I jedna z najmocniejszych podziemnych pozycji minionego roku. Absolutny mus dla wszystkich kochających black metal. 

PS Okładka, choć bardzo ładna, jest tylko fragmentem większego dzieła, które w formie rozkładanej możemy znaleźć we wkładce płyty. Bardzo ładnie wydanej płyty, polecam zakup fizycznego nośnika. 


Warloghe – „Three Angled Void”. Northern Heritage, listopad 2021.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz