czwartek, 20 stycznia 2022

Otchłań ciemności.

 

Jakiś czas temu Piotrek z Third Eye Temple zapytał mnie, czy pisałem o Dearthe. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie. Nie bardzo nawet wiedziałem o czym mowa. Ale ponieważ biorę pod uwagę rekomendacje ludzi siedzących w klimacie, nadrobiłem szybko braki i stwierdziłem, że napisać o tym australijskim zespole warto. Jestem mocno spóźniony, bo ich debiutancki materiał ukazał się w październiku 2020 roku. Na moje usprawiedliwienie działa fakt, że nie był jakoś szeroko promowany, a i o samą płytę CD nie było łatwo. W kwietniu 2021 roku Third Eye Temple wypuściło dwie wersje winyla, potraktujmy więc ten tekst jako przypomnienie tego faktu. Bo bez wątpienia o „Dispirited Obscurity” przypomnieć warto.

Jak już wspomniałem, Dearthe to projekt z Australii. Trzech panów, których możecie też kojarzyć z Temple Nightside, Vesicant, Krvna czy Austere. Tamtejsza scena to prawdziwa kopalnia skarbów, którą naprawdę ciężko dogłębnie wyeksplorować, dlatego każdy cynk o czymś wartym uwagi, należy traktować poważnie. I cieszę się, że tak podszedłem do sprawy, bo Dearthe to bez wątpienia temat poważny. Na koncie mają – poza „Dispirited Obscurity” – demo zawierające jeden utwór (jest on też na pełniaku), pełniące rolę promo. Wszystko co do tej pory stworzyli zawiera się więc w tych czterdziestu minutach. Album to sześć kompozycji, z czego ostatnia to cover Demoncy i to jest jedyny minus tego wydawnictwa, bo choć dobry, to mi tu po prostu nie do końca pasuje. Zostawiamy go więc i skupiamy się na tym, co wcześniej. A wcześniej dostajemy pięć długich numerów, gęstych jak australijskie powietrze latem. Metal Archives poinformuje Was, że to black/death metal, i nie mam zamiaru się kłócić, gdyż to jedyne sensowne określenie, które przychodzi mi na myśl. Wypada je jednak rozwinąć, bo muzyka Dearthe za dobra jest na zamknięcie jej w tych dwóch określeniach. Zaznaczyłem już, że jest gęsto. Bo jest. To trochę gęstość, którą możecie kojarzyć z popularnych ostatnio „zagruzowanych” wydawnictw death metalowych, jednak bez charakterystycznego dla nich, potężnego ciężaru. Jest więc atmosfera lejącej się smoły i oblepiającej wszystko duszności, podbudowana jednak energią i motoryką black metalowego szaleństwa. Przez tę gęstą warstwę przedostają się ciekawe gitarowe melodie, wnoszące powiew świeżości, ale są one na tyle dobrze wkomponowane w całość, że nie zakłócają ogólnego odbioru i obrazu tego krążka. A nim jest po prostu otchłań, która przez czterdzieści minut staje się domem słuchacza. I choć siedzimy oblepieni ciemnością, przytłoczeni nią i w jakimś stopniu spowolnieni, to jednak nie jest to muzyka wolna. Dearthe lubi grać szybko i co ciekawe, nawet podczas tych pełnych blastów temp, nie traci swej gęstości, intensywności i głębi. Jest więc to materiał spełniający wszelkie możliwe kryteria bardzo dobrego black/death metalowego wydawnictwa. Dostajemy tu wiele i warto skupić swą uwagę jedynie na dźwiękach, bo zastosowano tu naprawdę sporo ciekawych i nieoczywistych aranżacji – a jeśli oczywistych – to zdefiniowanych na nowo. Nie mam zamiaru wyciągać tu pochopnych wniosków i określać „Dispirited Obscurity” dziełem odkrywczym – bo do niego daleko – ale jest to na pewno jeden z ciekawszych australijskich albumów ostatnich lat. Naprawdę potrafi oczarować, nawet jeśli ten czar to otchłań, mrok i śmierć – bo tekstowo wszystko tu się wokół niej obraca.

CD jest bardzo ładnie wydane, podejrzewam, że i winyl nie odstaje. Debiut Dearthe możecie też znaleźć w sieci, ukazała się także wersja kasetowa. Do wyboru, do koloru. Polecam, naprawdę warto zainteresować się tą nazwą. Mam nadzieję, że to nie jest ich ostatnie słowo.


Dearthe – „Dispirited Obscurity”. Bloodforge (CD), październik 2020. Third Eye Temple (winyl), kwiecień 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz