środa, 12 stycznia 2022

Epicka tragedia.

 

Pod koniec listopada ukazał się album, który daleki jest od bycia albumem po prostu. Bo nie jest to tylko godzina muzyki, nie jest to tylko doznanie dźwiękowe, to coś, co wykracza daleko poza standardowe ramy. Thyrathen i ich „ThanatOpsis” to cały koncept, w który zaangażowanych jest wielu wykonawców i masa włożonej pracy, a efekt końcowy pozwala stawiać to dzieło dużo wyżej od standardowego, black metalowego wydawnictwa. Trudno zresztą tak ten album traktować, bo bliżej mu do starożytnej greckiej tragedii, niż do metalowego albumu – nawet takiego przesiąkniętego mistycyzmem, jak to często ma miejsce w przypadku greckich twórców.

Patrząc na „ThanatOpsis” tylko i wyłącznie przez pryzmat gatunkowy, jest to bez wątpienia black metal, ale takie postrzeganie debiutu Thyrathen pozbawia go tego, co najważniejsze i w jakimś stopniu mu ubliża. Umniejsza i deprecjonuje. Dźwięk jest tu ważny, pewnie nawet bardzo ważny, ale równie ważne jest wszystko co wokół. To, na czym ten dźwięk bazuje, to, co jest fundamentem, to, co niesie przesłanie i jest łonem konceptu. Tym wszystkim jest pomysł zbudowania dzieła black metalowego w oparciu o starożytne greckie tragedie, filozofię (głównie stoicyzm i epikureizm), historię, literaturę łacińską, dawne wierzenia. Miało to oczywiście wpływ na samą budowę krążka, stąd na przykład rolę intro pełni tu ognista deklamacja, trwająca sześć minut, której towarzyszą instrumenty tradycyjne. Wykonana przez zaproszoną artystkę, w całości greką, może niektórych znużyć (no bo gdzie ten metal?), ale jest doskonałym wprowadzeniem budującym klimat. Momentalnie pojawia się świadomość, że nie obcujemy z dziełem standardowym. Grecy są mistrzami w budowaniu klimatu, a tutaj jest on niezwykle ważny. Album trwa godzinę, zawiera dziesięć kompozycji (ósma to druga taka deklamacja) i muzycznie stanowi monolit, do granic przepełniony atmosferą, klimatem i duchem starożytnego teatru. Lirycznie „ThanatOpsis” podzielony jest na dwie części, co także jest odniesieniem do greckiej tragedii. Do każdego tekstu dodane zostały przypisy, co często pozwala lepiej je zrozumieć (nie każdy jest specjalistą od literatury starożytnej). Muzycznie podział ten odczuwalny jest mniej, gdyż jak już wspomniałem, album jest dość jednorodny. Utrzymany w średnich tempach, ma w swej strukturze wiele cech klasycznej greckiej szkoły black metalu. Mocno jej hołduje, ale nie jest jej niewolnikiem. Nie ma tu tej typowej przestrzeni, warstwa dźwiękowa jest gęstsza, bardziej zabudowana i trwała. Wynika to częściowo z ilości zastosowanych aranżacji, takich jak chóry, deklamacje, instrumenty tradycyjne, dominujące – ale jak piękne! – gitarowe melodie. Co ciekawe, nie zastosowano tu klawiszy ani żadnych sampli i syntezatorów. I to – w kwestii muzycznej i aranżacyjnej, biorąc pod uwagę jak ten album brzmi – jest sporym osiągnięciem. Bardzo dużo dają instrumenty tradycyjne, takie jak piszczałki Dionizosa, lira czy tympanon (bębenek używany w starożytnej Grecji w celach rytualnych). Grają tu na nich zaproszeni specjaliści, nie jest to więc amatorskie wykorzystanie „by fajnie wyglądało”. Thyrathen to w ogóle spory ludzki potencjał. Zespół tworzy czterech panów, z czego dwóch – najbardziej znanych – odpowiada za wokale: nieśmiertelny Stefan Necroabyssious i Alexandros z Macabre Omen. To nie załatwia jednak w pełni kwestii wokalnych, bo pojawiają się tu jeszcze dwie zaproszone panie i dwóch panów (jeden z nich gra także na lirze). Fundamentem zespołu jest jednak Corax S. (perkusja, sporadyczne wokale i największy wkład kompozytorski), oraz A.Z., którego możecie znać z Kawir. Jego dziełem są gitary i bas. To jednak nadal nie wszyscy, których możemy usłyszeć na „ThanatOpsis”, ale nie będę już wymieniał – jak ktoś chce, to wszelkie informacje może znaleźć pod tym adresem. Dość powiedzieć, że zaangażowanie tak dużej liczby profesjonalistów oraz ludzi, którzy na black metalu zęby zjedli, zaowocowało albumem wspaniałym. Oczywiście, nie byłoby tego bez wizji, pomysłu i ciężkiej pracy, bo krążek powstawał długo i słychać, że nie był zrobiony na kolanie. Jestem jednak pewien, że w swym ostatecznym kształcie jest ogromną nagrodą dla twórców, tak jak przyjemnością dla słuchaczy. Grecy zawsze potrafili wplatać w swe dzieła starożytny klimat, mistycyzm, pewien rodzaj smutku i podniosłości, ale tutaj zostało to podniesione ze dwa poziomy wyżej. Tu rozpacz ma rozmiar epicki, uniesienie bitewny, a stare mity i opowieści dotykają duszy i serca. Takich albumów chciałoby się więcej, ale oczywistym jest, że nie każdy coś takiego potrafi stworzyć. Thyrathen też zapewne prędko następcy nam nie da, ale i tak minie jeszcze wiele czasu, nim zgłębię ten album na tyle, by wyczekiwać następnego. Wspaniałe dzieło. Absolutna czołówka 2021 roku.

PS Ja wiem, że wielu z Was nie kupuje fizycznych nośników, ale tym razem, jeśli płyta się Wam spodoba, zróbcie wyjątek. Ten album jest wydany tak pięknie, że dech zapiera. Serio. Arcydzieło. 


Thyrathen – „ThanatOpsis”. Van Records, listopad 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz