środa, 19 stycznia 2022

Dolina upiorów.

 

Miniony rok przyniósł kilka ciekawych odkryć, o wszystkich tu jednak nie napiszę, bo czasu bym na to nie znalazł. O Wraithlord postanowiłem skreślić kilka słów, bo to ciekawy – w szerokim ujęciu – projekt. Teoretycznie jednoosobowy (Metal Archives nie jest do końca pewne; ale wszystko na to wskazuje), pochodzący ze Stanów, parający się black metalem, ale – i tu ważna uwaga – nie tylko. Moją uwagę zwrócił albumem „Tal der Phantome”, który ukazał się w październiku 2021 roku. Już ten materiał jest sam w sobie dość eklektyczny, ale – jakby Wam było mało – Wraithlord oferuje w swej dyskografii krążki całkowicie pozbawione metalu. My jednak skupimy się na wspomnianym już, drugim albumie projektu.

Zanim jednak o nim, warto wspomnieć, że dzień później ukazał się „The Land of the Seven Towers”, trzeci album Wraithlord. Jest to dzieło całkowicie ambientowe, ale polecam, bo nawet mi się spodobało, choć daleko mi do fana takiego grania. Debiutu nie miałem jeszcze kiedy posłuchać, ale już te dwa albumy wystarczą, by uznać amerykański projekt za ciekawy. „Tal der Phantome” to prawie pięćdziesiąt minut muzyki, zawierającej w sobie kilka zaskoczeń. Przede wszystkim jest to black metal tchnący lasem i piwnicą, ale taką nie najgłębszą. Riffy są bardzo porywające i naprawdę trudno przejść obok nich obojętnie, a kilka momentów jest doprawdy hitowych. Black metal jednak nie jest tu wszystkim, bo w dużej mierze jest to też album ambientowy, za sprawą sporej ilości klawiszy, występujących często samotnie – ewentualnie w towarzystwie gitary akustycznej. Ta ostatnia to kolejny bardzo ciekawy element „Tal der Phantome” i mam wrażenie, że autor odebrał spore wykształcenie muzyczne w kwestii gitary klasycznej – to chwilami słychać. Jest nawet taki moment, że brzmi jak bandżo – oczywiście, nie wykluczam, że to rzeczywiście jest bandżo. Brzmi to w każdym razie rewelacyjnie. No i to co jest swego rodzaju wisienką na torcie, czyli zagrywki żywcem z heavy metalu. Przecież początek trzeciego „Acheron” to Iron Maiden, tyle, że w zimowym lesie i z makijażem na twarzy. Takich momentów jest tu więcej i komponuje się to z resztą aranżacji bardzo dobrze. Albo taki piąty numer „Lament of the Dragonslayers”, gdzie motoryka Burzum spotyka klawisze Summoning. Świetna rzecz! Takich smaczków jest tu naprawdę dużo i już samo ich wyłapywanie daje sporo satysfakcji. Ale jeszcze więcej daje jej słuchanie po prostu. Bo koniec końców, Wraithlord to po prostu bardzo ciekawy black metal, a to przecież ten gatunek jest dla nas najważniejszy. To muzyka, która przynosi całą masę emocji i uczuć, oferuje wiele, ale też wymaga. Dobrze jest do tego krążka zasiąść bez dodatkowych zajęć i w spokoju dać mu się ponieść i oczarować. Bo on to potrafi.

No i ten Kittelsen na okładce. Automatycznie plus 100 punktów do zajebistości. 


Wraithlord – „Tal der Phantome”. Wydanie własne (Digital), październik 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz