niedziela, 23 stycznia 2022

[ARCHIWUM90] #17: Fornost - "Zimne Piękno".

 

Wracamy do Polski. Tym razem jednak nie na północ, nie do Trójmiasta, tylko na południe. Na Górny Śląsk, by być dokładnym. A by być jeszcze dokładniejszym, to do Tarnowskich Gór. A może do Śródziemia? Bo przecież Fornost to nazwa miasta w świecie stworzonym przez Tolkiena. Miasto to przez długi czas było pod władaniem sił ciemności, nazwa więc wydaje się adekwatna, bo „Zimne Piękno” nie jest zbiorem piosenek o miłości do kwiatków i pszczółek.

Fornost nie jest tworem szeroko znanym, nie będę też nikogo oszukiwał, że ich muzyka zrewolucjonizowałaby gatunek, gdyby tylko dostała szansę. Nie, to raczej pisane zespołowi nie było, ale też nie o to chodziło. W skład zespołu wchodzili ludzie udzielający się także w Galgenberg i Immorten, do których jeszcze w tym cyklu wrócimy. Dziś jednak Fornost i rok 1997, z którego pochodzą jedyne ich nagrania. Trudno z całą pewnością ustalić co, kiedy, gdzie i jak było nagrywane, będę więc trzymał się informacji ogólnodostępnych w sieci. „Demo ‘97” zawierało cztery utwory i pełniło rolę promo. W tym samym roku nagrano utwory składające się na „Zimne Piękno”, które część kompozycji z promówki zawiera. I tyle. Tak prezentuje się skromny dorobek Fornost. Samo „Zimne Piękno” wydane zostało w 2011 roku na kasecie, a w 2016 na srebrnym krążku. Zawiera ono osiem kompozycji i wyraźnie słychać, że nie były one nagrywane wszystkie w tym samym czasie. To zapewne kwestia obecności utworów z promo. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo wszystko brzmi tu bardzo podziemnie i piwnicznie. Materiał trwa prawie czterdzieści minut i jest – w mojej skromnej opinii – jednym z tych, które całkowicie niesłusznie zniknęły w odmętach podziemia i gatunku (w skali krajowej oczywiście). Nie będę kruszył kopii w kwestii jakiejkolwiek odkrywczości tej muzyki, nie mam zamiaru odstawiać Rejtana i twierdzić, że to był wielki materiał, że działy się tu rzeczy wyprzedzające swój czas. To byłyby totalne bzdury. Nic tu nie było odkrywczego, nic tu nie było rewolucyjnego, ale nie ma to najmniejszego znaczenia, bo jak ktoś szuka rewolucji i jej skutków, niech jedzie na Kubę. Ja szukam black metalu i tu go dostaję. To materiały takie jak ten stanowią o sile podziemia, nie tych kilka wszystkim znanych nazw. A Fornost wiedział jak zagrać z sercem, pasją i uczuciem. Ich demo to materiał niezwykle szczery, naturalny, brzmiący wspaniale i prosto. Wspaniale, jeśli się lubi piwniczne brzmienie, z wiadrem zamiast perki. Ja uwielbiam. Poza tym, kichać brzmienie, bo to przecież black metal, a nie pop. Tu nie dostaje się ocen za opakowanie, tylko za serce i ducha. A tych dwóch Fornost nie brakuje. Słychać też, że zespół miał pewne inklinacje do grania bardziej melodyjnego i klimatycznego, bo jest tu kilka momentów, które zwiastują spory potencjał w tym kierunku. Kto wie jak rozwinęłaby się ich twórczość, może poszliby właśnie w takie rejony? Przeważają jednak kompozycje agresywne, szybkie, które wzbogacają oszczędnie użyte klawisze. Co pewien czas przebijają się jakieś melodie, ale są skutecznie uśmiercane za sprawą brzmienia, które wisi nad wszystkim jak szczelna, gruba kotara. Ale to tylko plus, bo dzięki temu „Zimne Piękno” jest rzeczą naprawdę w stu procentach black metalową.

Jestem pewien, że nie wszystkim przypadnie ta muzyka do gustu, nie po to jednak została stworzona, by być jak pomidorowa. Ewentualnie grypa. Tym jednak, którzy cenią sobie głębokie podziemne rejony, interesują się naszym black metalem i jego historią, polecam bardzo mocno. To jedna z tych mniej oczywistych pozycji, ale także z tych bardziej koniecznych. 


Fornost – „Zimne Piękno”, 1997. (Werra Productions, kaseta, 2011. Hell Is Here Production, CD, 2016)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz