niedziela, 9 stycznia 2022

[ARCHIWUM90] #16: Rotting Christ - "Triarchy of the Lost Lovers".

 

Przyszedł wreszcie czas by przypomnieć jedną z moich ulubionych płyt lat dziewięćdziesiątych. Album, który znam na pamięć, i który do dzisiaj daje mi ogromną radość i przyjemność. Krążek, z którym wiąże się wiele wspomnień, a o jednym z nich pisałem w pierwszym tekście na blogu (tutaj). „Triarchy of the Lost Lovers” pewnie nigdy mi się nie znudzi, i choć Rotting Christ ma w swym dorobku wydawnictwa dla rozwoju gatunku ważniejsze, to ich trzeci album jest zdecydowanie moim ulubionym.

Nie będę tu przybliżał samego zespołu, bo jak się domyślam, nazwa jest to wszystkim znana. Trudno przecenić wpływ Greków na rozwój nie tylko tamtejszej sceny. I choć od kilkunastu lat zaliczają więcej upadków niż wzlotów, to pierwsza trójka ich wydawnictw bezdyskusyjnie należy do kanonu. Dla jednego najważniejszy będzie „Thy Mighty Contract”, dla innego „Non Serviam”, a jeszcze dla innego właśnie „Triarchy of the Lost Lovers”. I jest to w pełni zrozumiałe, bo wszystkie trzy są wybitne. Pojawią się zaraz głosy, że ten ostatni to już nie do końca to samo, że już trochę łagodniejszy, że bardziej komercyjny – i pewnie jest w tym trochę prawdy, bo trudno się nie zgodzić, że trzeci album Greków nie jest tak bezkompromisowy jak dwa poprzednie. Jednak w moim odczuciu jest to dziecko będące owocem naturalnego rozwoju zespołu. Krążek, który ma w sobie ducha tej starej, pierwotnej Grecji, jednak podanego w sposób bardziej przystępny. Ale ona nadal tam jest, bo przecież daleko brzmieniu tego dzieła do plastikowego black metalu. To zresztą był moment, w którym Rotting Christ powoli dryfował w kierunku dużo większej popularności i to właśnie ten album im ją zapewnił. Nie czyni to z niego zdrajcy czy sprzedawczyka, bo jak już wspomniałem – „Triarchy…” to album bardzo naturalny, pełen serca i pasji, którą słychać. Pełen też fragmentów przebojowych, śpiewnych, które można sobie nucić pod nosem, ale nie widzę w tym niczego złego. Jeśli tak mają brzmieć przeboje, dawajcie ich więcej. Nauczę się i będę śpiewał. Tak jak „King of a Stellar War”, „Shadows Follow” czy „Snowing Still”. Dobra, mógłbym tu wymienić wszystkie kompozycje, bo pewnie każdą z nich kiedyś pod prysznicem wyśpiewałem. Nie ma tu słabego utworu, nie ma tu utworu pozbawionego charakterystycznego motywu przewodniego, jakiejś zapadającej w pamięć melodii czy riffu. Tu epickość miesza się z tęsknotą, uniesienie z porażką, a historia wielkich z maluczkimi. Klimat jest niepowtarzalny, szczególnie gdy zagłębimy się w teksty – napisane prostym językiem – ale bardzo sugestywne i wzbogacające odbiór. No i ten wspaniały akcent Sakisa. Momentami łapię się na tym, że myślę o tym krążku jak o zbiorze „The Best Of”, bo aż trudno mi czasem uwierzyć, że na jednym albumie Sakis i spółka zmieścili tyle wybitnych kompozycji. A w tych kompozycjach tyle wybitnych riffów i melodii. Nie jest to demon prędkości, nie jest to bóg zagłady, ale jest to prawie pięćdziesiąt minut muzycznej uczty na najwyższym poziomie. Uczty, która budzi emocje, zachwyca, porywa i nie daje o sobie zapomnieć. I tak od 1996 roku, gdy malowałem tę cholerną balustradę. Sam fakt, że poświęciłem temu wspomnieniu pierwszy tekst – i że tak dobrze to pamiętam – mówi wiele. Pamiętam też doskonale inny moment związany z tą płytą. Pisząc o „Worship Him” Samaela (tutaj) wspomniałem o doskonałym koncercie w katowickim Mega Clubie. Był tam też Rotting Christ. Swój set rozpoczęli od „King of a Stellar War”. I ten obraz – Greków rytmicznie zamiatających podłogę włosami (bo początek jest przecież porywający) – mam do dzisiaj przed oczami. To było piękne, to było emocjonalne, to było coś, co zostaje na zawsze. Dokładnie tak, jak ten album. On już zostanie ze mną do końca, bo co tu dużo mówić – trudno mi wyobrazić sobie życie bez niego. Zakończę jednym z moich ulubionych fragmentów lirycznych, który wg mnie - w jakiś bliżej niewytłumaczalny sposób - podsumowuje to dzieło i moje odczucia z nim związane:

„The sky is burning
The slaves rebel
The king is dead
A new age revealed”


Rotting Christ – „Triarchy of the Lost Lovers”. Century Media, 1996.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz