środa, 22 grudnia 2021

Ulesa.

 

Pisanie o black metalu, czy też – w szerszym ujęciu – o metalu, jest lekkie, łatwe i przyjemne. No, może nie do końca, ale w kontekście pisania o innych gatunkach, tak to mniej więcej wygląda. Schody zaczynają się, gdy do recenzji przychodzi płyta, której muzyczna zawartość nie jest codziennością piszącego. I choć nie jest też kompletnie na drugim biegunie, to jednak w żadnym wypadku nie można jej nazwać metalem. I taka właśnie płyta do mnie przyszła, czego nie żałuję, bo jest dobra. Problemem jest tylko to, że teraz powinienem coś o niej napisać. Zrobię to, jednak za efekty nie ręczę.

Ulesa to bardzo tajemniczy projekt. Niewiele znalazłem informacji, niewiele też ich dostałem od samego twórcy. Wiem więc tyle co wy, czyli mało. Niektórym z was może być znana nazwa Saule, bo tenże projekt obraca się w kręgach post-metalowych i – jeśli dobrze kojarzę – ich album z 2017 roku wzbudził zainteresowanie części metalowych odbiorców. Za oba projekty odpowiada ta sama osoba i na tym moje informacje, jak i podobieństwa, się kończą. Ulesa to rzecz ambientowa, by ująć to w dużym skrócie. Tak naprawdę po prostu nie do końca wiem, jak się takie granie określa, będę więc trzymał się tego ambientu (niech jednak nie będzie to dla was wiążący drogowskaz). Jest to granie dość minimalistyczne, oszczędne, bez żadnych fajerwerków. Nastrój jest mroczny, trochę rytualny, co w dużej mierze tworzą hipnotyzujące bębny i żeński głos, który w moim odczuciu jest tutaj bardziej instrumentem, niż przekaźnikiem jakiejkolwiek treści. Podkładem i fundamentem wszystkiego są klawisze, budujące tło. To one odpowiadają za muzyczny krajobraz, na tle którego dzieje się reszta, ale nie jest to pod żadnym pozorem krajobraz bardzo bogaty. W każdym aspekcie dominuje tu minimalizm - i instrumenty klawiszowe, czy też użyte sample - nie są wyjątkiem. To raczej położone plamy dźwięku, które są oparciem dla głosu. I dla bębnów, choć tych nie ma zbyt wielu. Niestety. Bardzo podoba mi się ostatnia kompozycja, gdzie zostały użyte szerzej, niestety jest ona krótka i nie rozwija się na tyle, bym mógł w pełni cieszyć się tym rytualnym rytmem. Może w przyszłości Ulesa pójdzie bardziej w tym kierunku, bo w tej chwili trochę – jak dla mnie – za mało tu życia. Jest to ciekawe pół godziny, jednak dla kogoś kto przyzwyczajony jest do szybkich temp i agresywnego muzycznego natarcia, może być to trudne. Nie zmienia to jednak faktu, że jest w tym pomysł i jest bardzo udane wykonanie. Głos jest niepokojący, momentami drażniący, w każdym razie charakterystyczny i zapadający w pamięć. Klawisze przynoszą mrok podbudowując uczucie niepewności. I tak słuchacza te dźwięki oplatają, opływają, sącząc się niespiesznie, by na koniec nagle uderzyć, dojść do punktu kulminacyjnego, który naprawdę robi wrażenie. Jest dla tego albumu jak eksplozja. Szkoda tylko, że tak szybko się kończy. Mam jednak nadzieję, że to tylko początek kolejnej opowieści w twórczości projektu, że następny rozdział podchwyci koniec tego i pociągnie go dłużej. Bo te ostatnie kilka minut naprawdę robi wrażenie. Polecam słuchać nocą. Ulesa to stworzenie prezentujące się najlepiej po zmierzchu.

Projekt znajdziecie na Bandcampie, ukazała się też wersja fizyczna, za którą odpowiada wytwórnia Zoharum.


Ulesa – „Ulesa”. Zoharum, sierpień 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz