wtorek, 28 grudnia 2021

Przyspieszenie.

 

Słuchając „Downfall” – czwartego albumu Useless – uderzają mnie dwie rzeczy. Po pierwsze jest to projekt muzycznie coraz bardziej przystępny, powoli dryfujący w rejony podziemia mniej podziemnego, do którego dostać się łatwiej, co oczywiście skutkuje większą grupą słuchaczy. Nie mam zamiaru posądzać muzyków zespołu o koniunkturalizm czy oportunizm, ale znając ich całą twórczość, można taki kierunek zaobserwować. Po drugie, tempo. Useless nie kojarzy się chyba nikomu z graniem szybkim, a na „Downfall” znaleźć możemy sporo fragmentów – ba, całe kompozycje – utrzymane w motoryce tanecznej wręcz. Dwa powyższe punkty mogą u niektórych wywołać przerażenie, ale spokojnie – Useless to nadal byt stricte podziemny.

Powinienem dodać jeszcze: po trzecie. Po trzecie więc: Mgła. Jakbym nie próbował, jakbym starał się te skojarzenia wyrzucić z głowy, to nie umiem. Jest tu kilka takich fragmentów (szczególnie w drugiej i trzeciej kompozycji), które automatycznie przywołują krakowski zespół (wytłumaczenie jest proste i prozaiczne, obowiązki kompozytora przejął Neithan, który Mgłę wspiera na trasach). Nie jest to w żadnym stopniu obelga, czy coś w ogóle negatywnego, nie spodziewałem się jednak, że Useless kiedykolwiek takie skojarzenia we mnie obudzi. Ale charakterystyczna melodyka, wokal, który bez większych emocji wypluwa kolejne linijki tekstu, motoryka i oczywiście w jakimś stopniu brzmienie – wszystko to składa się na skojarzenia z okresem „With Hearts Toward None / Exercises in Futility”. Właśnie, wokal. „Downfall” przynosi w tej materii pewną zmianę, bo mniej tu ekspresji, mniej rozpaczy, mniej szaleństwa. Linie wokalne są dużo bardziej zachowawcze, dużo bardziej wyprane z uczuć. O żadnych zmianach w składzie - jeśli idzie o wokal - nie słyszałem, więc to chyba nie leży u podstaw tej metamorfozy. Nie jest oczywiście źle, bo taki rodzaj zdzierania gardła dobrze komponuje się z dzisiejszym muzycznym obliczem Useless, które nie jest już tak dołujące, smutne i powolne. Tak jak pisałem już wcześniej, panowie uderzyli w rejony bardziej przystępne, bardziej chwytliwe i porywające. Trzeci numer to przecież jest hicior! Ponieważ jednak Useless tworzą starzy wyjadacze, którzy wiedzą co to podziemie, materiał brzmi nadal trochę szorstko, nadal niesie masę negatywnych emocji, trochę inaczej po prostu zapakowanych. Nie cały krążek to tempa szybsze, spotkamy tu sporo wolnych fragmentów, w których ten zespół lubuje się od początku swego istnienia. I są one bardzo dobre, momentami transowe (ostatnia kompozycja), hipnotyzujące wręcz. I mają większą moc niż podobne granie z poprzednich albumów, bo „Downfall” po prostu mocniej brzmi. Ale jednak trzon tego albumu – składającego się z sześciu utworów – to kompozycje druga, trzecia, czwarta i piąta. Czwarta, czyli „Hear the Winds of Your Fall” to już – jak na Useless – prawdziwa gonitwa i ekspres do Świnoujścia. Co ja piszę, Pendolino wręcz! Zresztą, do Świnoujścia może też Pendolino jeździ, nie wiem, nie będę teraz sprawdzał. W każdym razie jest szybkość. I powiem wam, że bardzo mnie to wszystko pozytywnie zaskakuje. Bo pomimo całej mojej sympatii dla tego zespołu, pierwsze dwa albumy potrafiły mnie wymęczyć. Lubię, gdy coś się dzieje, a tu dzieje się dużo. Motoryka, melodie, brzmienie, moc i siła. Wszystko to tutaj jest bardzo udane i w efekcie końcowym otrzymujemy bardzo dobry, a zarazem zaskakujący album. Ja jestem na tak i mam nadzieję, że zespół będzie się tej drogi trzymał, bo to działa. Czołówka tegoroczna jeśli idzie o krajowe wydawnictwa. A teraz sprawdzam to Pendolino, bo nie da mi to spokoju, poza tym, dawno nie byłem w Świnoujściu.


Useless – „Downfall”. Werewolf Promotion, październik 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz