czwartek, 9 grudnia 2021

Płomień starych mistrzów.

 

Moja miłość do starej black metalowej Grecji trwa i pewnie nigdy się nie skończy. Trwa, choć to już prawie trzydzieści lat, ale kiedy raz pokochasz, powinieneś kochać do końca. Poza tym, opiera się ona nie tylko na starych mistrzach i ich wybitnych albumach, ale i na wielce wartościowych zespołach dużo młodszych. Jednym z takich zespołów jest Cult of Eibon. I choć sam zespół istnieje dopiero sześć lat, to opiera się na ludziach aktywnych muzycznie dużo dłużej. Po serii mniejszych wydawnictw przyszedł czas na pełnowymiarowy debiut, którym jest wydany w październiku „Black Flame Dominion”.

I jest to kawał grania w starym stylu. Stylu, który został stworzony przez klasyków takich jak Varathron, Rotting Christ czy Necromantia. Stylu, który stał się grecką szkołą black metalu i kultywowany jest do dziś, w mniejszym lub większym stopniu. Cult of Eibon ze swoim pełnowymiarowym debiutem spokojnie mógłby stać się jednym z tychże klasyków, gdyby tylko wydać go trzydzieści lat wcześniej. Ale i dziś zachwyca, bo grecka szkoła czarnej sztuki jest na tyle wspaniała, że czas nie ma dla niej znaczenia. A kiedy za kontynuowanie chwalebnych tradycji biorą się ludzie znani choćby z Kawir czy Black Blood Invocation i Nergal, wiadomo, że będzie to co najmniej solidne dzieło. „Black Flame Dominion” jest jednak czymś więcej, niż tylko albumem solidnym. Począwszy od okładki, greckiej do granic możliwości, poprzez tytuły utworów, wreszcie skończywszy na muzyce, która przenosi nas w czasie skuteczniej niż DeLorean z „Powrotu do przyszłości”. Pierwsze, co rzuca się w uszy, to wokal. Za mikrofonem stoi tu Porphyrion z Kawir, ale nie znając składu, można by pomyśleć, że to nieśmiertelny Stefan Necroabyssious. To oczywiście kwestia akcentu i maniery wokalnej, ale nie tylko. Po prostu w Kawir głos Porphyriona ma towarzystwo muzyki dużo gęstszej. Cult of Eibon to większa przestrzeń, dużo lepiej uwydatniająca wokal, który też jest lekko wysunięty. I to kolejny element kojarzący się ze starą szkołą. Ale to co przede wszystkim decyduje o skojarzeniach – ba, wręcz o przynależności do dawnej szkoły mistrzów – to konstrukcja kompozycji, użyte środki i aranżacje oraz atmosfera i brzmienie. Zgadza się tu wszystko. Wspomniany wokal, klawisze budujące tło, wysunięte gitary serwujące wspaniałe, często pokręcone – choć głównie proste, lecz sugestywne - melodie, typowe dla greckiego black metalu, no i oczywiście mistyczna, mitologiczna atmosfera. To potrafią tylko Grecy i na tym zbudowali swoją potęgę. Cult of Eibon wie jak za pomocą tychże środków – choć użytych względnie skromnie (w porównaniu do przepychu niektórych starszych albumów) – zbudować doskonałe, klasyczne wręcz dzieło. Prym wiedzie tu gitara i wokal i w zasadzie na nich opiera się „Black Flame Dominion”. Ale bez całej reszty, będącej doskonałym dopełnieniem, ten album nigdy nie byłby tak dobry. No i oczywiście bez talentu, by to wszystko odpowiednio połączyć, odpowiednio wymieszać i podać w wyśmienitej oprawie.

Osiem kompozycji. Czterdzieści minut prawdziwej uczty. Grecja nadal jest silna. Grecja zna swoje korzenie i pamięta o nich. I nadal wie, że to jej potężny atut. Nadal potrafi go użyć. Dobrze, że są wciąż takie zespoły jak Cult of Eibon. Niech ta miłość trwa.


Cult of Eibon – „Black Flame Dominion”. Iron Bonehead Productions, październik 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz