wtorek, 21 grudnia 2021

Klejnot.

 

Niemiecki Dauþuz wciąż tkwi głęboko pod ziemią i niestrudzenie kopie w poszukiwaniu muzycznych skarbów. Duet z Nadrenii Północnej-Westfalii i Turyngii odkrył już sporo, tym razem jednak panowie wydobyli na powierzchnię prawdziwy klejnot. U Tolkiena krasnoludowie w swym zapale dokopali się do Balroga, co skończyło się zagładą ich królestwa. Niemcy Balroga nie spotkali, ale ich czwarty album to także potwór. Bez wątpienia najpotężniejsze i najlepsze ich dzieło. „Vom schwarzen Schmied” ukazał się w pierwszej połowie listopada tego roku i od tej pory trudno mi się od niego oderwać.

O Dauþuz pisałem dotąd tylko raz, gdy wypuścili epkę „Grubenfall 1727” (tutaj). Był to materiał po prostu solidny, nic ponad to. Tamten tekst miał przede wszystkim zwracać uwagę na bardzo oryginalną tematykę tekstów niemieckiego duetu, która pozostaje niezmienna. Kopalnie, górnicy, legendy i opowieści z tym związane, a wszystko oczywiście podane w otoczce ciemnych sił i rogatego. Muzycznie jednak ten zespół nigdy wcześniej mnie nie zachwycił. Solidni wyrobnicy. Nic więcej. „Vom schwarzen Schmied” zmienił to całkowicie. Oczarował mnie i naprawdę trudno się oderwać. Wynika to – w moim odczuciu – przede wszystkim z faktu, iż zespół przestał za dużo kombinować. Postawił na proste środki wyrazu. Nagrał album szczery, spontaniczny i po prostu bardzo chwytliwy. Daleki jednak od przebojowości czy plastiku. Poszli Niemcy na całość, bo mam wrażenie, że uwolnili na swym czwartym krążku twórcze talenty, nie myśleli za wiele, nie kombinowali, nie próbowali nagrać czegoś, co będzie pokręcone i pełne dziesiątek aranżacyjnych zawijasów. Nie, oni po prostu lecą tu do przodu bez oglądania się na boki. Brzmi ten krążek niesamowicie spontanicznie i naturalnie. Ma w sobie masę energii, sporą dawkę epickości (te wspaniałe chóry budujące tło!), szczyptę szaleństwa (opętane wokale) no i przede wszystkim niesamowitą motorykę. Czwarty album Dauþuz porywa. I naprawdę nie chce się wychodzić z tej kopalni. I choć bazuje na prostych środkach wyrazu, to jest tu sporo bardzo ciekawych elementów. Czyste wokale, chóry, klimatyczne zwolnienia czy klawiszowo-akustyczne momenty budujące klimat. Jest i spora dawka melodii, ale nie są one na pierwszym planie. Towarzyszą i wzbogacają te proste kompozycje, czyniąc je niesamowicie słuchalnymi. Wszystkie dotychczasowe albumy Dauþuz trwały czterdzieści dziewięć minut. Ten jest o osiem minut dłuższy, co daje prawie godzinę muzyki. Ale powiem wam, że nie wiem nawet kiedy to mija. To tak wciągający krążek, że czas płynie błyskawicznie. Osiem kompozycji, z czego najdłuższa ma ponad jedenaście minut. Ich tytuły podpowiadają, że jest to krążek koncepcyjny. I tak jest w istocie, o czym informuje sam zespół. „Vom schwarzen Schmied” to historia kowala pracującego w kopalni. Jest to zarazem opowieść o historii górnictwa i jego końcu (zapraszamy panów do Polski, tu do końca daleko). Kowal kieruje losem ludzkości poprzez uprzemysłowienie, gdy jednak dostrzega wokół siebie jedynie żądzę zysku i chciwość, porzuca ludzkość i pozwala jej się samounicestwić. W jakimś stopniu jest to bez wątpienia opowieść na czasie. I jest to też taka opowieść, w której dźwięki przemawiają co najmniej tak silnie jak słowa. A może jeszcze mocniej. Bo kiedy nucisz jeden motyw przez pół dnia, a przy okazji masz ochotę chwycić kilof, to o czymś to świadczy. Brawo. Tegoroczna czołówka.


Dauþuz – „Vom schwarzen Schmied”. Amor Fati Productions, listopad 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz