poniedziałek, 6 grudnia 2021

Hiroszima, Srebrenica i Jonestown.

 

Nie miałem pojęcia, że Mintaj wziął się za wydawanie płyt, ale na tej czarno na białym – a właściwie biało na czarnym – stoi jak byk logo jego Left Hand Sounds. Krążek Wrath Division przyszedł do mnie od Grega z Godz Ov War Productions i mogłoby to trochę dziwić, gdyby nie to, że „Barbed Wire Veins”, będący debiutem zespołu, ukazał się dzięki współpracy obu firm. Left Hand Sounds odpowiada za wersję CD, Bogowie Wojny za Digital i winyl. Wrath Division i ich muzyka nie jest moją codziennością, ale bez wątpienia dorośli do swojej nazwy i tytułu płyty.

Zanim jednak o muzyce (choć znalazłbym wielu, którzy tak nie określiliby dźwięków tajemniczego trio), zatrzymam się na chwilę przy pseudonimach muzyków. Są to bowiem długości i szerokości geograficzne trzech różnych miejsc. Łączy je ludzka śmierć. Masowa ludzka śmierć. I tak: za perkusją zasiada Srebrenica, gitara i bas to Hiroszima a wokale zapewnia Jonestown. Jeśli nic wam te nazwy nie mówią, to powinniście nadrobić, a przede wszystkim się zawstydzić. Jeśli jednak wiecie co wydarzyło się w tych trzech miastach, to powiem krótko: muzyka zespołu mogłaby być sonicznym zapisem tych masakr. W jakimś stopniu można to wywnioskować już ze zdjęć zespołu (maski gazowe, które chyba staja się atrybutem podobnym do wymalowanych twarzy), nazwy, logo i okładki. Nie do końca wiem, czy można Wrath Division określić mianem war metalu, bo ten gatunek jest dla mnie kompletnie niezrozumiały (nie wiem jak można czerpać przyjemność ze słuchania odkurzacza bądź tez wirującej pralki) i się na nim nie znam. Pewnie poprzez image można polski zespół do tego worka wrzucić, dla mnie to jednak black/death metal. Bardzo brutalny, bardzo odhumanizowany ale jednak cała ta nawałnica, brud, zło, ciężar, negatywne emocje i wszechobecna śmierć, mają w sobie sporo elementów typowych dla muzyki, a nie wirującej pralki. „Barbed Wire Veins” to prawie pół godziny bezlitosnego hałasu, masakry muzycznej, w której jednak da się wyłowić gitary, perkusję, czy też wokale. Oczywiście nie znajdziemy tu wesołych melodii, ale fajne szaleństwa na gitarze już tak. Co pewien czas zwracają uwagę blachy, czasami jakiś ciekawszy riff wpadnie do ucha. Generalnie jednak jest to zagłada, na szczęście skonstruowana wedle kanonów black czy death metalowego grania. Dzięki temu nawet ja mogę tego materiału posłuchać, przeżyć, a nawet znaleźć tu fragmenty, które trafiają w mój gust. Jak już pisałem wcześniej, takie granie nie jest moją codziennością i nigdy się nią nie stanie, jeśli jednak mam komuś polecać cokolwiek z tych rejonów dźwiękowych, to będzie to właśnie ten album. Bo, najzwyczajniej w świecie, jest to coś, czego da się słuchać (coś mi jednak mówi, że nie jest to dla muzyków Wrath Division komplement).


Wrath Division – „Barbed Wire Veins”. Godz Ov War Productions / Left Hand Sounds, sierpień 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz