niedziela, 26 grudnia 2021

[ARCHIWUM90] #15: Samael - "Worship Him".

 

Pierwszy kwietnia 1991 roku to dzień, który na trwałe wpisał się w historię metalu, nie tylko tego najczarniejszego z czarnych. Tego bowiem dnia francuska Osmose Productions wypuściła pierwszy album opatrzony swoim charakterystycznym logo. Logo, które znają wszyscy pamiętający lata dziewięćdziesiąte i prawdopodobnie są je w stanie w każdej chwili naszkicować, bo ono pojawiało się najczęściej, a materiały nim sygnowane należały do najlepszych tamtej dekady. Rozpoczęła się więc tego dnia piękna historia jednej z najważniejszych wytwórni w historii black metalu. Ale tego dnia nie tylko Osmose objawiło się światu, bo tym pierwszym krążkiem był pełnowymiarowy debiut szwajcarskiego Samael. „Worship Him” jest dziełem, które bez wątpienia dorasta do swego tytułu, a do prima aprilisowego żartu bardzo mu – na szczęście – daleko. 

Osmose Productions działa do dziś, choć nie odgrywa już takiej roli jak kiedyś. Podobnie Samael, który w pewnym momencie poszedł w rejony mocno elektroniczne, tracąc przy tym sporo oddanych fanów. Sam się do tej grupy zaliczam, dla mnie ostatnim krążkiem Szwajcarów, który lubię, jest „Passage”. W latach dziewięćdziesiątych był to jednak jeden z najważniejszych dla mnie zespołów. Ich twórczość poznałem dzięki koledze (pozdrowienia Tomek!), który pewnego dnia wrócił z targu z kasetą „Ceremony of Opposites” (pisałem o tym wydarzeniu tutaj). Szybko nadrobiliśmy braki, poznając „Blood Ritual” i właśnie „Worship Him”. Ta trójka to kanon, podstawa, fundament i naprawdę ważne krążki dla black metalu, choć tak naprawdę, żaden z nich nie jest stricte black metalowy. Stary Samael, choć czarny do granic możliwości, zawsze gdzieś lekko wymykał się temu gatunkowi. „Worship Him” to w dyskografii Szwajcarów rzecz najczarniejsza, najbardziej ociekająca smołą i cuchnąca siarką. Najbardziej gęsta, najwolniejsza – choć wcale nie taka powolna – i stanowczo najbardziej rytualna i diabelska. Dziś powiedzielibyśmy, że to black/doom, ale wtedy granie takie często określało się mianem dark metal. Słychać tu wpływy lat osiemdziesiątych, co na początku kolejnej dekady było oczywiście nagminne, poza tym, na północnym niebie jeszcze nie pojawił się płomień, który miał wszystko zmienić i zdefiniować black metal na nowo (czy jak chcą niektórzy, rozpocząć). Z perspektywy czasu można jednak ten krążek bez większego ryzyka określić jako black metalowy, będący po prostu innym obliczem gatunku niż to, które dali nam Norwegowie. Nie ma to jednak wielkiego znaczenia, bo żadne łatki, szuflady i przyporządkowania nie zmienią jego wartości i wpływu na scenę. Stworzony i nagrany przez utalentowanych braci (Masmiseim, choć widnieje we wkładce, w nagraniach nie brał udziału), posługujących się jeszcze wtedy dłuższymi wersjami swych pseudonimów, pozostaje do dziś wzorem dla wielu. Wzorem czerni, diabła, siarki i piekła. Klimat, który stworzyli – za pomocą oszczędnych środków – jest niepowtarzalny. Proste, momentami siermiężne riffy (jak choćby ten z „Into the Pentagram”) stanowią o jego uroku i wryły się w pamięć wielu ludzi na długie lata. Ale chyba właśnie ta prostota, doprawiona umiejętnie niewielką dawką klawiszy, kompozycjami instrumentalnymi, świetnymi wokalami i doskonałym balansem pomiędzy ciężarem a atmosferą, skąpana w mrocznym klimacie i podziemnym brzmieniu, stanowi o sile „Worship Him”. Panowie wtedy jawnie deklarowali się jako sataniści i ten krążek naprawdę brzmi jak hymn na cześć władcy ciemności. Momentami jest jak zakazany rytuał, momentami jak podróż w jądro zła, ale przede wszystkim jest opowieścią o mroku. Bardzo sugestywną, bardzo obrazową, absorbującą słuchacza dogłębnie. I nie są to puste słowa, bo wystarczy przywołać wspomniany już „Into the Pentagram”, będący hymnem zespołu przez długie lata. Nie będę mówił co sam przy nim wyczyniałem, ale wiem, że nie byłem jedyny. I nigdy nie zapomnę totalnego amoku publiczności w katowickim Mega Clubie w 1996 roku przy tym właśnie utworze. To było coś, czego nie da się opisać (choć spróbowałem – tutaj), jeden z najlepszych koncertów w moim życiu i jeden z obrazów, które pozostaną ze mną do końca. Do dziś kocham ten utwór i za każdym razem mam przy nim ciarki, do dziś uwielbiam ten album. Bo broni się doskonale. Minęło w końcu trzydzieści lat a on nadal jest wspaniałym wzorem, dziełem kompletnym, w którym niczego bym nie zmienił. Niczego mi nie brakuje i niczego nie jest za dużo. Prawdziwa czarna msza, prawdziwy rytuał oddania. Prawdziwie czarne serce.

All my life for His glory
Their blood for His triumph



Samael – “Worship Him”. Osmose Productions, 1991.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz