wtorek, 23 listopada 2021

Nowy świt w otchłani.

 

Rok temu, przy okazji recenzji pierwszego krążka warszawskiego Cultum Interitum pisałem tak: „…słyszałem już kolejny album zespołu i proszę państwa – to będzie cios kruszący mury już nie tylko Polski. To będzie cios zasługujący na zniszczenie co najmniej Europy”. Tak, minął rok od tamtej recenzji, minął też rok dla samego zespołu i otrzymaliśmy drugi krążek (premiera debiutu miała miejsce w sierpniu, dwójka ukazała się w lipcu, więc technicznie to jedenaście miesięcy). Czy zmieniło się moje postrzeganie „Veneration of the New Dawn”? Nie. Drugim albumem stołeczny zespół udowadnia, że jest gotowy na zniszczenie całego kontynentu, bo po raz kolejny zanotował spory rozwój.

Cultum Interitum pozostaje na swoim szlaku, nie skręca w rejony sobie nieznane, jedyne co stara się uczynić, to doskonalenie swego własnego stylu. I to, z wydawnictwa na wydawnictwo, się udaje. Konsekwencja i upór dają efekty, bo każdy kolejny materiał utwierdza mnie w przekonaniu, że jest to droga dla zespołu właściwa. „Veneration of the New Dawn” jest dwie minuty krótszy od poprzednika, trwa nieco ponad pół godziny, ale mam wrażenie, że dużo dłużej. Gdy już minie intro i zaczną nas oblepiać smoliste, gęste i pełne ciężaru dźwięki, czuję jakbym wpadł – a właściwie wpadał, bo ten proces trwa – do czarnej dziury, która się nie kończy. I niby człowiek leci tak tylko przez pół godziny, ale gdy nie ma ścian, punktów odniesienia czy choćby promyka światła, którego można by się uczepić, wszystko staje się nieskończenie długie i zdaje się być całymi wiekami. Ale to, że ten album sprawia wrażenie dłuższego niż jest w rzeczywistości, nie jest problemem, bo – i to jest najważniejsze – to bardzo dobry krążek. Bez dwóch zdań najlepszy w dorobku zespołu, bez wątpienia najbardziej dojrzały i – o zgrozo! – najbardziej klimatyczny. Może brzmi to dziwnie, ale przy całym swoim niezaprzeczalnym ciężarze, przy całej pochłaniającej wszystko intensywności i nagromadzeniu mocy rodem z otchłani, ma on w sobie ogrom atmosfery. Nie jest ona namacalna, nie jest obecna w każdej sekundzie, nawet nie w każdej minucie, ale momentami atakuje dość wyraźnie, co mocno wpływa na końcowy odbiór krążka. Nie jest to oczywiście klimat czy atmosfera wesoła. To nic nowego, bo ten element pojawiał się już na poprzednich wydawnictwach Cultum Interitum, tu jednak – mam wrażenie – jest najsilniejszy. Ale to tylko świadczy o rozwoju zespołu, o dopracowaniu pewnych elementów, bo przecież niesienie takiej atmosfery zawsze było ich celem. To ma być otchłań, to ma być miażdżąca wszystkie oczekiwania beznadzieja, bo przecież nie ma nic – poza czarną pustką, w której właśnie tkwimy. To ten nowy świat, który wstaje wraz z dźwiękami i któremu cześć oddaje zespół. Robi to przy pomocy klasycznych dla siebie form i aranżacji, które znamy z poprzednich wydawnictw, ale są one jeszcze bardziej dopracowane, dzięki czemu jest to album ciekawszy od debiutu, dużo bardziej wciągający i chyba raz na zawsze zamykający usta tym, którzy twierdzą, że warszawskie trio gra black metal (co było absurdalnym twierdzeniem już przy „Poison of Being”). Kawał dobrej roboty i oby tak dalej. Miejmy nadzieję, że ten album zostanie szerzej dostrzeżony poza granicami naszego kraju, bo w pełni na to zasługuje.

Tym razem nie mogę napisać, że słyszałem już następny album Cultum, bo nie słyszałem. Wiem jednak, że już jest praktycznie gotowy, czekajcie więc cierpliwie, bo nie mam wątpliwości, że warto.


Cultum Interitum – „Veneration of the New Dawn”. Godz Ov War Productions, lipiec 2021.




4 komentarze:

  1. Ten zespół to trzecia liga w porywach. Nie zniszczy świata ani Europy. Stawiając to przy teitanblood, altarage czy antiversum to cultum interitum po prostu nie istnieje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przepadam za wyżej wymienioną trójką. Cultum dla mnie lepsze. Ale co kto lubi.

      Usuń
    2. Jasna sprawa. A w ogóle fajny blog robisz, będę wpadał.

      Usuń