wtorek, 30 listopada 2021

Niekończący się zapał.

 

Drugi raz w tym roku mam okazję pisać o Belliciste i drugi raz – poza słowami uznania – będę narzekał. W marcu mogliście przeczytać o „Deathsworn” (premiera miała miejsce w styczniu), które w teorii jest demem, choć trwa prawie czterdzieści minut. Dziś pochylam się nad „Endless Morbid Zeal”, materiałem anonsowanym jako EP, trwającym prawie dwadzieścia cztery minuty. Nie mam zamiaru wnikać w metodologię przyjętą przez Krigeista w kwestii kategoryzowania swoich wydawnictw, ale coś mi tu nie do końca pasuje. Koniec końców to tylko kwestie porządkowe, które nie są najważniejsze. To, co ważne, to muzyka. A ta po raz kolejny jest bardzo dobra.

Szczerze się dziwię, że projekt ten nie ma ustabilizowanej sytuacji wydawniczej, bo jak najbardziej na takową zasługuje. I to jest coś, na co chcę ponarzekać, bo na nic innego po prostu się nie da. Wspomniane już „Deathsworn” doczekało się fizycznych nośników, choć tylko w postaci kasety i czarnego krążka. O CD ani widu, ani słychu. „Endless Morbid Zeal” w tej chwili posłuchać można jedynie w wersji cyfrowej, czy – i kiedy – ulegnie to zmianie, nie wiem. Powinno, bo Belliciste to naprawdę solidny, bardzo ciekawy projekt. Wszystkie dotychczasowe wydawnictwa trzymają bardzo wysoki poziom. Dość powiedzieć, że jeszcze w marcu „Deathsworn” było dla mnie tegorocznym numerem jeden jeśli idzie o materiały zagraniczne. Polecam wszystkie rzeczy spod ręki Krigeista (bo to nie tylko Belliciste), jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji się zapoznać. Nic nie stracicie, możecie tylko zyskać. Nowozelandczyk mieszkający w Serbii wie jak uraczyć nas doskonałym, rasowym black metalem. Tym razem przygotował cztery kompozycje. Po kilkunastu sekundach, bez niepotrzebnych przydługich wstępów, przechodzi do rzeczy. I tak jest do końca. Kontynuuje tu styl znany z „Deathsworn”, co oznacza, iż mamy do czynienia ze zjadliwym, agresywnym i ostrym jak brzytwa black metalem, który można w jakimś stopniu określić mieszanką północy i południa. Jest wyraziście, jest ostro, ale gdzieś tam w tle można posłyszeć chłody północy, choć dominuje tu temperatura wyższa. Brzmienie jednak nie jest typowym dla przedstawicieli południowej sceny, takie nie są również same kompozycje. Belliciste to klasyczny, szybki, agresywny black metal przesycony ciemnością, złem i atmosferą lekko kojarzącą się z początkami gatunku, choć trudno ten materiał wrzucić w zbiór hołdów dla tamtej dekady. Gdy jednak Krigeist wskakuje w klimaty rock’n’rollowe, co czasami mu się tu zdarza, na myśl przychodzą pewne albumy z dość znanymi okładkami. Tak, jest tu trochę black’n’rolla, szczególnie w drugiej kompozycji, ale nie jest to składnik dominujący i określający „Endless Morbid Zeal”. Tym najważniejszym jest po prostu porywająco i bardzo sprawnie zagrany black metal. Na wyróżnienie bez wątpienia zasługują doskonałe wokale. W tej chwili Nowozelandczyk jest jednym z lepszych wokalistów w podziemiu, co po raz kolejny potwierdził. Nie szaleje z ekspresją, ale wystarczy sama barwa jego głosu, by poczuć na karku diabła. Kończąc powiem tylko tyle: po raz kolejny przybysz z dalekiego kraju udowodnił, że europejską szkołę grania to on ma w małym palcu. I we krwi, bo żeby nagrywać tak dobre materiały, nie wystarczą tylko umiejętności.

Mam nadzieję, że oba tegoroczne materiały doczekają się edycji na srebrnym krążku, bo serio coraz bardziej irytuje mnie ten debilny trend wydawania tylko na winylu bądź kasecie. Ale nie zapeszajmy, nic jeszcze nie wiadomo, nie ma się co denerwować na zapas.


Belliciste – „Endless Morbid Zeal”. Wydanie własne, digital, październik 2021.




 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz