niedziela, 28 listopada 2021

[ARCHIWUM90] #11: Summoning - "Minas Morgul".

 

Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu po drodze jest z literaturą. Ale tak jak muzyka, ma ona wiele oblicz, a fantastyka zawsze gdzieś mieszała się z metalem, nie tylko tym najczarniejszym. Pewien zespół z Austrii zrobił wiele, by wśród wyznawców black metalu zasiać do niej miłość. I choć panowie skupili się na jednym autorze, to wybrali tego najbardziej znaczącego. Zespół ten to Summoning, autor to Tolkien. I choć doskonale wiem, że nie wszyscy ci, którzy lubią i doceniają ich twórczość, sięgnęli po książki wybitnego angielskiego pisarza, to jednak odmówić oryginalności austriackiemu duetowi nie można. Tak w warstwie lirycznej jak i muzycznej, bo przecież można Summoning kochać za same dźwięki.

Nie mam zamiaru naiwnie wciskać wam, iż Tolkien obecny jest – czy też był – tylko u nich. Dobrze wiemy ile nazw zespołów czy też pseudonimów zostało zaczerpniętych z uniwersum przez niego stworzonego. Wszystko to jednak ma swoje proste uzasadnienie. Anglik, tworząc swój świat, bazował nie tylko na swojej wyobraźni, ale i na tym co było spisane długo przed nim. Korzystał ze starych podań, mitów, języków. A do tych rzeczy metal często lubił się odnosić i je przywoływać. Musieli się więc czasami spotkać. Summoning po prostu poszedł dalej i uczynił z tego swój motyw przewodni, kręgosłup twórczości i znak rozpoznawczy. Materiału było dużo, bo Tolkien nie próżnował. Od siebie panowie dali muzykę, która świetnie komponowała się ze wszystkim, co napisał Anglik, będąc zarazem epicką, jak i atmosferyczną towarzyszką zmagań w Śródziemiu. Rozpoczęli działalność w 1993 roku, ale to 1995 okazał się być dla nich tym najważniejszym. Wydali wtedy dwa krążki. Debiutem był „Lugburz”, który jeszcze nie prezentował tego późniejszego, charakterystycznego dla zespołu stylu (dlatego przez wielu fanów, jak i sam zespół, nie do końca jest uważany za „prawdziwy” debiut). Ale jeszcze w tym samym roku ukazał się „Minas Morgul”. I to już jest to Summoning, które wszyscy znamy i kochamy. I choć lubię wszystkie ich dzieła, to właśnie to jest moim ulubionym. Nie ma tu momentu, którego bym nie uwielbiał. To jeden z tych albumów, które choć długie, mijają momentalnie, bo absorbują i wciągają słuchacza w swój świat. A gdy jeszcze do tego ktoś – jak ja – zna Tolkiena, słuchanie „Minas Morgul” (i nie tylko jego oczywiście) nabiera jeszcze głębszego wymiaru. Te epickie, majestatyczne średnie tempa, przepełnione atmosferą i melodią momentalnie przenoszącą nas do miejsc, które możemy znać z książek, do historii rozbudzających wyobraźnię, do wielkich czynów i podróży mających odmienić oblicze świata. Do mrocznych zakamarków puszczy, do ośnieżonych szczytów i mrocznych, oblepionych pajęczynami podziemi, w których czai się odwieczne zło. Doskonałe, często zimne riffy i melodie gitarowe, wsparte wspaniałymi wręcz klawiszami, tworzą ilustrację wszystkiego tego, co zostało wcześniej napisane, nadając mu nowe oblicze i nowy wymiar. Budując w wyobraźni słuchacza nowe interpretacje i wyobrażenia – budowli, miast, zmagań i krajobrazów. To niezwykle plastyczna muzyka, mająca siłę prowadzenia dialogu z odbiorcą, sugerująca pewne rzeczy, ale pozwalająca też na swobodne wędrowanie przez jej – i nie tylko jej – magiczny świat. Zresztą, tytuł kompozycji otwierającej mówi wszystko. Do tego cudowna okładka, która dodatkowo porusza wyobraźnię, i dzieło doskonałe gotowe. Ma ten album jeszcze jedną niekwestionowaną zaletę, jest mianowicie dość szorstki. Summoning w późniejszych okresach uciekał czasami w stronę lekko cukierkowatych rejonów, tu jednak ich black metal to podziemie i sztuka prawdziwie czarna. A przy okazji przepełniona atmosferą i klimatem prawdziwej magii. Da się to połączyć? Da. Da się to zrobić doskonale? Da. „Minas Morgul” jest tego przykładem najlepszym. Jeśli ktoś chce wiedzieć, który krążek mógł być prekursorem i najlepszym przykładem tak zwanego „atmosferycznego black metalu” (ale zagranego jak należy!), niech wróci do lat dziewięćdziesiątych i drugiego albumu Summoning. Bo choć wtedy nikt o takich określeniach nie myślał (co za piękne czasy!) to jak się okazuje dziś – tamta dekada miała wszystko. I jeszcze nie jeden raz wam to udowodnię.


Summoning – „Minas Morgul”. Napalm Records, 1995.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz