wtorek, 19 października 2021

Wizyta w Oksytanii.

 

Praktycznie każdego dnia przekonuję się, jak wielu zespołów jeszcze nie znam. Jak wiele dobrej muzyki mnie omijało, lub wciąż omija. Życia raczej nie starczy by to wszystko nadrobić, ale trzeba walczyć. Kolejną wygraną bitwą w tej wojnie o poznanie jest francuski Aorlhac. Mam słabość do black metalu okraszonego tamtejszym językiem, więc i ten zespół szybko zwrócił mą uwagę. Jest co nadrabiać, bo Francuzi zdążyli już wypuścić cztery pełne albumy, dziś jednak zajmiemy się ostatnim z nich, wydanym we wrześniu tego roku „Pierres brûlées”.

Zakładam – możliwe, że niesłusznie – iż nie jest to dla was zespół doskonale znany, przybliżę go więc w kilku słowach. Nazwa wywodzi się od miejscowości, w której zespół się narodził, ale by było trudniej, jest ona pochodną tejże nazwy w języku oksytańskim. Po francusku miejscowość zwie się Aurillac, w oksytańskim Orlhac. No i mamy Aorlhac. A Oksytania to region Francji, graniczący z Hiszpanią, czyli położony na południu kraju. Zespół wydał cztery duże krążki oraz demo i split. Istnieje od 2007 roku a tworzy go czterech panów, udzielających się także w kilku innych projektach. Nie będę jednak wymieniał nazw, bo te są jeszcze bardziej egzotyczne niż Aorlhac. Pozostańmy więc przy nim, szczególnie, że wygląda na ciekawy zespół. Lubię gdy muzycy odnoszą się w swej twórczości do średniowiecza, czy też generalnie – przeszłości swej ziemi, swego regionu, swego kraju. Francuzi, co już nie raz zaznaczałem, są w tym dobrzy i lubią to robić. Aorlhac nie jest wyjątkiem. Nazwa, logo (nawiązuje do flagi i herbu Oksytanii), tematyka tekstów (byłem tak szalony i kilka sobie przetłumaczyłem), czy wreszcie klimat muzyki i ogólny image zespołu mówią nam jasno: Aorlhac to wierny syn swej ziemi, dumny z jej przeszłości i ją sławiący. I fajnie, szczególnie, że wszystko to jest bardzo udanie zilustrowane muzycznie. Można powiedzieć, że panowie grają standardowo dla francuskich przedstawicieli lekko nostalgicznego, średniowiecznego black metalu, z jedną tylko różnicą: w ich muzyce więcej jest podniosłości i zapału wznoszącego serca, niż melancholii i nostalgii. Jest to też album mocno melodyjny, co w połączeniu z wcześniej wymienionymi atrybutami czyni go bardzo słuchalnym i przyjemnym dla ucha. Melodie są typowe dla francuskich przedstawicieli gatunku, dzięki czemu krążek faktycznie ma „średniowieczny” posmak. Aorlhac nie zapomina jednak o tym, iż gra black metal. Potrafi połączyć melodyjność z agresją i prędkością, choć te dwie cechy na pewno nie są priorytetem zespołu. Nie znaczy to, że „Pierres brûlées” to jakieś smęcenie, czy powolne i wzniosłe pieśni, od których łzy pojawiają się w oczach. Dominują tu średnie i szybkie tempa, ale kilka zwolnień także spotkamy. Podstawą jest podniosłość, co w dużym stopniu wpływa na brzmienie krążka, bo do lochów czy piwnic mu daleko. Na szczęście, pomimo swej melodyjności i w miarę klarownego brzmienia, daleko mu też do plastikowych wytworów z logo Nuclear Blast. Poza tym, za dużo tu pasji, szczerości, zapału i oddania, a tych nie znajdziemy wiele w katalogu niemieckiej wytwórni. Wszystko to autentycznie czuć na czwartym albumie Aorlhac i w tym tkwi wg mnie jego największa siła. Po prostu mnie przekonuje, pomijając już fakt samej słuchalności. Trwa trochę ponad pięćdziesiąt minut, co jest jego jedynym – w moich oczach – minusem. Nie to, że nudzi, czy się dłuży. Ja po prostu nie jestem zwolennikiem tak długich dzieł, choć w przypadku Aorlhac, który nie ma być ciosem w twarz a opowieścią, jest to chyba usprawiedliwione. 


Aorlhac – „Pierres brûlées”. Les Acteurs de l'Ombre Productions, wrzesień 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz