poniedziałek, 4 października 2021

Koniec drogi?

 

Słowacka scena to dla mnie wciąż mocno niezbadany rejon. Niby to nasz sąsiad, mam blisko, ale o tamtejszym black metalu wciąż nie wiem wiele, poza oczywiście kilkoma najbardziej znanymi nazwami, czy też tymi mniej znanymi, odkrytymi w ostatnich latach, głównie dzięki Werewolf Promotion. Dziś kolejny taki przypadek. Concubia Nocte z Bratysławy. Nigdy wcześniej tej nazwy nie słyszałem, a zespół istnieje już przecież piętnaście lat. Istnieje to za dużo powiedziane, bo właśnie przestał istnieć, ale wrocławska wytwórnia uraczyła nas pośmiertnym prezentem, czyli kompilacją zawierającą prawie wszystko, co do tej pory stworzył słowacki projekt.

Jak się więc pewnie domyślacie, jest to materiał długi. Macie rację. Dziewiętnaście kompozycji, trwających łącznie godzinę i dwanaście minut. Znajdziemy tu jedyny pełnowymiarowy album „Sekerou Peruna a kladivom Thora” (2008), materiał ze splitu z Aeon Winds „Poslední vlci” (2016; jest to zarazem epka z 2013 roku „Vlčou krvou”) i wreszcie najnowszą epkę „Mohyly” (2021), premierowo wydaną właśnie na tej kompilacji. Dodatkowo zamieszczony został utwór „Ignis Fatuus”, pochodzący ze składaka poświęconego pamięci Wolkogniva. Nie ma tylko pierwszego demo. Jak widzicie, zbiór potężny, przekrojowy, pozwalający dobrze i dogłębnie poznać twórczość Concubia Nocte. A jest to twórczość ciekawa, którą można trochę przyrównać do Krajin Hmly, bo tutaj też mamy do czynienia z black metalem pogańskim, mocno przesiąkniętym atmosferą dawnych czasów, choć momentami aż za bardzo, co trochę psuje odbiór. Zacznę od tego największego mankamentu (i w zasadzie jedynego), czyli fletów, które są w moim odczuciu kompletnie niepotrzebne i robią momentami z muzyki zespołu odpustową cepelię. Bez nich byłoby dużo lepiej, na szczęście nie ma ich tak wiele. Byłoby lepiej, bo Concubia Nocte gra fajny i ciekawy black metal, poza tymi cholernymi fujarkami, nie sili się jakoś bardzo na „super leśny pogański klimat, podepnijmy gitary do dziupli”. Jest tu sporo ciekawych, klasycznie black metalowych patentów, dużo agresji, dużo złości i gniewu. Sporo wpadających w ucho melodii i riffów, sporo ciekawych aranżacji, także z użyciem klawiszy. Brzmienie jest dość wyrównane, nie ma jakichś większych przeskoków między poszczególnymi materiałami. Lekko przybrudzone, ale naprawdę lekko. Nie jest to najgłębsza piwnica, ale brzmi tak, jak black metal brzmieć może, czyli wystarczająco agresywnie i nie za czysto. Nie ma też większych przeskoków w sferze kompozycyjnej. Pomimo tego, iż mamy do czynienia z materiałami stworzonymi na przestrzeni kilkunastu lat, kompilacji słucha się bez większych zaskoczeń. Jest to spójne, jednorodne, słychać, że wszystko stworzył ten sam zespół, konsekwentnie podążający swoją drogą.

I gdy tak słucham tej ich twórczości, to trochę żal, że tą drogą już podążał nie będzie. O ile informacje o rozpadzie są prawdziwe. W tym kontekście wydawnictwo to nabiera całkiem nowego znaczenia, bo nie jest to jedynie zbiór trudno już dziś dostępnych wydawnictw, lecz sentymentalna podróż w przeszłość, testament złożony na ręce słuchaczy. I to, myślę, jest głównym powodem, dla którego warto tę pozycję mieć na półce. Poza oczywiście całkiem solidną muzyką.


Concubia Nocte – „Concubia Nocte”. Werewolf Promotion, marzec 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz