niedziela, 17 października 2021

[ARCHIWUM90] #5: Graveland - "Following the Voice of Blood".

 

Myśląc, pisząc i mówiąc o krajowym black metalu lat dziewięćdziesiątych, nie sposób nie wspomnieć o Graveland. Mogą sobie niektórzy zaklinać rzeczywistość, próbować deprecjonować dokonania zespołu, czy też osobę samego Roba Darkena, bezsprzecznym pozostaje jednak fakt, iż jest to jeden z najważniejszych – o ile nie najważniejszy – polski zespół tamtej dekady (i nie tylko jej). Dużo większym problemem jest wybranie albumu, który w tamtych latach był tym najlepszym w ich dorobku. Tu zdania będą i są podzielone, dla mnie również nie jest to wybór prosty, dlatego w tym cyklu przeczytacie o trzech krążkach wrocławskiej hordy. Na pierwszy ogień idzie „Following the Voice of Blood”.

Najmłodszy z trójki, o której chcę napisać, bo wydany w 1997 roku i chyba z tego trio najmniej oczywisty. W moich oczach to album przejściowy. Łączy w sobie pierwszy okres działalności Graveland z tym, co rozpoczął już na całość „Immortal Pride”. Ale to właśnie na „Following the Voice of Blood” pojawiły się pierwsze kroki w stronę epickiego okresu zespołu. Album jest długi, bo trwa ponad godzinę i dzięki temu udało się tu zmieścić całą masę doskonałych dźwięków. Graveland, wciąż przywiązany do swych korzeni, nie stara się na siłę zmieniać stylu, wprowadzać nowych elementów pozbywając się starych, czy też czegokolwiek się wyrzekać. Ten epicki, podniosły i momentami wręcz monumentalny styl, wprowadzany jest tu bardzo naturalnie. Po totalnie wojennym „Thousand Swords”, który moglibyśmy odebrać jako zapis bitwy, „Following…” jawi się bardziej jako opowieść o tejże bitwie, z perspektywy zwycięzców. To historia wielkich i bohaterskich czynów, to pieśń na cześć tych, którzy ich dokonywali. Trzeci album Graveland nie jest ani tak szybki jak poprzednik, ani tak mroczny jak debiut, ale udanie te charakterystyczne dla poprzedników elementy, wplata w epicki ton. W średnich tempach, wspartych często klawiszami, ten materiał jest mistrzem świata. Początek „Raise the Swords” czy „Thurisaz” to fragmenty, które powinny być nieodłącznym elementem kanonu polskiego black metalu. Ale ponieważ to krążek przejściowy, wrocławianie co pewien czas grają szybko, nawet bardzo szybko. Z tym nigdy nie mieli problemu, tym razem jednak potrafią szybkie tempa utrzymać w tym nieco dla nich nowym, podniosłym stylu. I wychodzi im to doskonale, choć dla mnie największą wartość tego albumu stanowią momenty, gdy słychać prawdziwe zalążki tego, co dopiero ma nadejść (choć, co ciekawe, nie jestem zwolennikiem dzisiejszego oblicza zespołu). Tamta epickość, wykuwana na „Following…” i bardzo dobrze rozwinięta na „Immortal Pride”, wydaje mi się dużo ciekawsza, dużo bardziej naturalna. Poza tym, miała w sobie nadal tę cząstkę agresji, tę piwniczną pierwotność, której dziś brakuje. Trzeci album Graveland to krążek długi, co już zaznaczyłem, naładowany emocjami i wzniosłą atmosferą, będący jednak nadal albumem stricte black metalowym. Black metalowym w klasycznym tego pojęcia znaczeniu. To ważne, bo to ostatni taki album w twórczości zespołu. A przy okazji jeden z najważniejszych krążków polskiego black metalu, nie tylko lat dziewięćdziesiątych.

Nie sądzę, by był tu ktoś, kto go nie zna. Nie zmienia to faktu, że warto sobie odświeżyć, bo powiem wam, że ja miałem sporą przerwę z „Following…”. Częściej wracałem do „Thousand Swords” czy „Carpathian Wolves”. Teraz wiem, że dłuższy rozbrat z tym albumem dobrze mi zrobił. Praktycznie odkrywałem go na nowo, dostrzegłem rzeczy, na które wcześniej nie zwracałem uwagi. I zakończę krótko: to nadal jest potęga, to nadal jest wielkość. To nadal jest black metal, do którego niektórzy dzisiejsi wykonawcy mają wciąż całe setki kilometrów.


Graveland – „Following the Voice of Blood”. No Colours Records, 1997.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz