środa, 15 września 2021

Wiele luster, wiele dźwięków.

 

Twórczość angielskiego Wode śledzę od pierwszego albumu, choć on wyróżniał się głównie okładką. Przy okazji recenzji drugiego, pisałem już jednak tak: „Pierwszy album Anglików nie wywarł na mnie wielkiego wrażenia. Drugi wysadził mnie w powietrze. Co będzie na trzecim? Nie wiem, ale dam im szansę i na razie tej atomówki na Manchester zrzucał nie będę”. Tak, mam problem z Manchesterem, ale nie będę się powtarzał, tu możecie o tym przeczytać. Nie mam natomiast problemu z trzecim krążkiem Wode, bo po doskonałym drugim nie spodziewałem się, że panowie obniżą loty. Nie obniżyli, wznieśli się jeszcze wyżej, choć czystego black metalu tu mniej.

Kupiłem ten krążek w ciemno, wiedząc, że jakiś tam poziom powinien trzymać. A on nie dość, że trzyma, to wręcz wybija się wysoko ponad me oczekiwania. Jak już zostało powiedziane, nie jest to stricte black metal, tutaj pasuje najbardziej określenie black/death metal. Co nie zmienia faktu, że gdyby zacząć doszukiwać się wszystkich wpływów, z cierpliwością i dociekliwością Sherlocka Holmesa, znaleźlibyśmy tu całą gamę inspiracji i odniesień. Nie jestem jednak wybitnym detektywem, pozostanę więc przy tym prostym, jasnym i klarownym określeniu, choć nie oddaje w pełni bogactwa tego albumu. „Burn In Many Mirrors” zawiera sześć kompozycji i trwa prawie czterdzieści minut. Szczerze mówiąc jest to album tak rozbudowany i złożony, tak naładowany różnorodnymi aranżacjami, iż mam wrażenie, jakby trwał dwa razy dłużej. Pomimo tego w najmniejszym stopniu nie mam uczucia dłużyzny. Jestem po kilkudziesięciu odsłuchach, a nadal nie potrafię powiedzieć, co będzie za chwilę. Z reguły człowiek już pamięta, wie, co zaraz nastąpi, ale nie tu. Tu po prostu za dużo się dzieje. I wszystko wymyka się jakimkolwiek szufladkom. Odnoszenie tego krążka do czegokolwiek, co znane i lubiane, nie ma sensu, bo ja takich przykładów nie znajduję, a jak pewnie się domyślacie, kilka płyt w swoim życiu słyszałem. Nie mam w zwyczaju recenzować płyt utwór po utworze, przyznaję jednak, że w przypadku trzeciego albumu Wode to byłaby najlepsza droga. Problem w tym, że wtedy recenzja miałaby co najmniej kilka stron i nikt by jej nie przeczytał. Postaram się więc jak najlepiej opisać ten materiał jako całość. Nietypowo zacznę od brzmienia, bo ono, w moim odczuciu, odgrywa tu kluczową rolę. Zapomnijcie o północnym mrozie, zapomnijcie o południowym ogniu. „Burn In Many Mirrors” brzmi jak coś pomiędzy wszystkimi rodzajami brzmienia, jakie możecie znaleźć w black metalu, jednak doprawiony jest lekką mocą znaną z death metalu, a czasami nawet zahacza o thrashowe czy heavy metalowe naleciałości. Generalnie wyznacznikiem brzmienia jest moc i siła. To samo można powiedzieć o samych kompozycjach i ich budowie. Pełno tu soczystych riffów, którym bliżej do trzech ostatnich, wspomnianych gatunków niż do black metalu, ale są momenty, których nie powstydziłaby się żadna legenda czarnej sztuki. Spotkacie tu także solówki, momentami bardzo chaotyczne, szalone, kojarzące się ze starą szkołą metalu śmierci. Doskonała, potężna perkusja, która nadaje wszystkiemu mocy i wspaniałej rytmiki. Wokale, dodające całości dużo energii, epatujące nią wręcz, zróżnicowane i wielowymiarowe. Głębokie, wnoszące do tego krążka swoją własną opowieść, która jednak doskonale komponuje się z resztą. Wszystko tu po prostu jest wyśmienite, porywa, niesie serce i duszę, melodią, ale i rytmiką, mocą i aranżacją. Nawet gdybym bardzo chciał się do czegoś przyczepić, to nie mogę, po prostu nie mogę. Bo przecież tak okładka, jak i cała oprawa albumu są na bardzo wysokim poziomie, tu więc też brawa. Bardzo długo zabierałem się do tej recenzji, bo najzwyczajniej w świecie się jej bałem. Teraz, gdy już ją napisałem, mam nadzieję, że choć trochę zaciekawiłem was tym krążkiem. No i kamień spadł mi z serca, bo teraz mogę bez żadnych obciążeń słuchać „Burn In Many Mirrors” i czerpać z tego ogromną przyjemność. Co i wam polecam.


Wode – „Burn In Many Mirrors”. 20 Buck Spin, kwiecień 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz