piątek, 24 września 2021

Norwegia 1994, Finlandia 2021.

 

Znacie to uczucie, gdy odpalając album momentalnie przenosicie się do innej epoki muzycznej? Epoki doskonale wam znanej, w końcu ona was ukształtowała, nadała kierunek na przyszłość, ciągle w was siedzi i poniekąd do dziś wyznacza standardy tego, co dobre, czy wręcz najlepsze. Ja czasami tak miewam, raz mocniej, raz słabiej, ale zawsze budzi to we mnie entuzjazm i powoduje gęsią skórkę. Niedawno znowu doświadczyłem tego uczucia. Było bardzo silne, bo debiutancki krążek Kirottu to bezpośrednia podróż do pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych. Panowie są z Finlandii, ale grają jak pierwsza liga Norwegii.


Zaznaczyć raz jeszcze trzeba, bo to niezmiernie ważne, że jest to Norwegia lat dziewięćdziesiątych. Słuchając „Deity Embers” mam uczucie, jakbym po raz kolejny odkrywał tamte rejony muzyczne, tak jak prawie trzydzieści lat temu. Jasne, należy zachować wszelkie proporcje, bo przecież klasyczne albumy są już w naszych krwioobiegach od bardzo dawna i nic ich nie zastąpi, ale klimat i atmosfera, jaką udało się stworzyć Finom na swoim debiutanckim albumie, predestynuje ten krążek do zajęcia miejsca na półce obok takich tuzów jak Emperor, wczesny Dimmu Borgir, Gorgoroth czy Gehenna. Oczywiście mógłbym tu przywołać więcej nazw, ale po pierwsze: te kojarzą mi się najmocniej, po drugie: nie ma sensu zapychanie recenzji nazwami, które wszyscy znamy i kojarzymy z tamtym okresem w black metalu. Poza tym nie nazwy tu są najważniejsze i nie skojarzenia. Najważniejsze na „Deity Embers” jest to, co nieuchwytne. To, czego nie da się do końca określić. Atmosfera, emocje, klimat, radość z faktu, że po trzydziestu latach znowu komuś udało się zrobić coś, co tak skutecznie przenosi nas do czasów młodości, do początków, do narodzin muzycznych. I robi to w sposób całkowicie naturalny, bez zrzynania, bez kopiowania, bez nachalnego epatowania sprawdzonymi wzorcami i patentami. Tak, jest to krążek, w którym znajdziemy całą gamę black metalowych środków wyrazu, ale nie są one w żadnym stopniu wtórne. Finowie zaaranżowali swą muzykę na dawną modłę, ale z dzisiejszą, młodzieńczą energią, pomysłem i świeżością. To w dużej mierze czyni ten album tak dobrym. Ich black metal jest zarazem agresywny, ale i pełen klimatu. Dużo tu nienawiści, ale i momentów pod zadumę. Czyli tak jak w początkach drugiej fali, gdy to wszystko się rodziło, gdy muzycy chcieli upchnąć na swoich albumach jak najwięcej ciekawych pomysłów. Sporą rolę odgrywają tu klawisze, użyte oczywiście zgodnie z prawidłami sztuki. Gitary brzmią doskonale i grają rzeczy piękne, ale to nie one w największym stopniu odpowiadają za melodykę albumu, tylko właśnie budujące tło instrumenty klawiszowe. Wokal jest perfekcyjny, trudno o nim napisać cokolwiek złego, bo współgra z muzyką doskonale. A wszystko wspiera wyśmienite brzmienie, które nie dość, że podkreśla atmosferę krążka, to wręcz ją w dużym stopniu buduje. Brawo.

Pewnie znajdziecie sporo albumów bardziej chwytliwych, bardziej porywających, z większą ilością melodii czy mięsistych riffów. Pewnie znajdziecie albumy z lepszym brzmieniem, lepszym wokalistą czy ciekawszymi aranżacjami. Ale nie znajdziecie w ostatnim czasie albumu z taką atmosferą i takim klimatem. Takiego wehikułu czasu, budzącego sentymentalne nuty i poruszającego te najbardziej wrażliwe struny naszej muzycznej wrażliwości i historii. Tym bardziej cieszy fakt, że ukazał się on w naszej, krajowej Wolfspell Records. Michał, doskonały strzał!

Kirottu - "Deity Embers". Wolfspell Records, kwiecień 2021. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz