poniedziałek, 23 sierpnia 2021

Oby nie ostatnie bluźnierstwo.

 

Weterani z Moontower powrócili. Tym razem jako duet, co chyba dodało im sił i nieco odświeżyło wolę twórczą, bo „The Last Blasphemy” – tak zatytułowany jest najnowszy materiał – to jedna z lepszych rzeczy jakie w ostatnich latach wypuścili. Co prawda to tylko szesnaście minut, ale akurat w ich przypadku to nic nowego. Nie będę tu wymieniał wszystkich poprzednich wydawnictw, bo nie dobrnęlibyście do końca (ale polecam zapoznać się z dorobkiem zespołu na Metal Archives), tym bardziej nie mam zamiaru się do nich odnosić w kontekście najnowszego. Skupimy się na tych szesnastu minutach, bo w mojej skromnej opinii, warto.


Nie wiem czy są tacy, którym nazwa Moontower jest obca, ale jeśli tak, to na wszelki wypadek: zespół powstał w latach dziewięćdziesiątych, na Dolnym Śląsku. To już powinno mówić wiele i faktycznie, podąża on tamtejszą drogą Black Metalu, bez kompromisów idąc nią do dzisiaj. I to jest dla mnie wielki plus, bo ja uwielbiam wycieczki w klimaty polskiej sceny tamtej dekady, szczególnie właśnie z naciskiem na to a nie inne geograficzne ulokowanie. Panowie są weteranami takiego grania i to słychać. Mają to we krwi. Dzięki temu „The Last Blasphemy” w żadnym wypadku nie sprawia wrażenia odgrzewanych kotletów. Oczywiście, zero tu odkrywczości czy eksperymentów, po prostu wszystko podane jest w ciekawy i chwytliwy sposób. Materiał składa się z czterech kompozycji, w tym intro i outro (ostatni utwór, choć ma najdłuższy tytuł, w moim odczuciu pełni rolę outro właśnie). Dwie kompozycje główne, będące sercem wydawnictwa, momentami wręcz porywają. Panowie zapomnieli o wolnych tempach, i choć nie przesypują ziemniaków zasypując nas blastami, to lecą tempem skocznym i szybkim. Postarali się o naprawdę ciekawe riffy i melodie, gitary wykonują kawał dobrej roboty, dzięki czemu uwaga słuchacza pozostaje przy materiale. Wszystko od czasu do czasu dopełniają bardzo rozsądnie użyte klawisze, dodając klimatu i atmosfery. Nie ma ich na szczęście za dużo, tak w sam raz. No i oczywiście charakterystyczne wokale, które tak dobrze znamy z lat dziewięćdziesiątych. Trafiają się momenty podniosłe (szczególnie w drugim numerze), ale treścią tego wydawnictwa jest przede wszystkim nienawiść, agresja i bluźnierstwo. Czyli tak, jak być powinno. Ciekawą sprawą jest brzmienie, bo jak na taki gatunek Black Metalu, jest zaskakująco klarowne i czyste. Dalekie oczywiście od plastikowych produkcji Nuclear Blast, bo wyczuwalna jest tu delikatna piwnica, jednak w odniesieniu do większości tego typu wydawnictw, zaskakuje (w każdym razie mnie zaskoczyło) czystością. Nic w tym złego, bo materiał nie traci na swej podziemności a wszystko fajnie słychać. Tu też panom udało się dobrze sprawę wyważyć. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to długość trwania „The Last Blasphemy”. Tak po ludzku szkoda, że nie jest to dłuższy materiał, bo zespół jest w formie i aż się chce więcej. Mam nadzieję, że to tylko wprawka przed czymś większym.

Dodam jeszcze tylko, że jak zwykle w przypadku Werewolf Promotion, wydanie na najwyższym poziomie. Może tylko szesnaście minut, ale jeśli kochacie stary BM, cenicie ładnie wydane płyty, to się nie zastanawiajcie.

Moontower – „The Last Blasphemy”. Werewolf Promotion, czerwiec 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz