poniedziałek, 30 sierpnia 2021

Francja znowu zachwyca.

 

Jakiś czas temu pisałem o nowym krążku francuskiego Elitism (tu). Dziś pochylam się nad najnowszym wydawnictwem innego francuskiego, niepoprawnego politycznie zespołu, Vermine. Poza tym, że za wydanie obu odpowiada Werewolf Promotion, podobieństw jest więcej i szczerze mówiąc tę recenzję mógłbym zacząć dokładnie tak jak tamtą. Na upartego mógłbym w tamtym tekście zmienić tylko nazwę zespołu i wszystko prawie by grało. Prawie, bo jednak Vermine nie ma w swej twórczości tak dużej dawki ambientu, tu króluje Black Metal. Doskonały, francuski Black Metal.

piątek, 27 sierpnia 2021

Klasyczne dzieło fińskiego diabła.

 

Dziś Finlandia. Nic to zaskakującego, bo kraj to w zespoły obfitujący. Finlandii tejże będzie w najbliższej przyszłości więcej, bo uzbierało mi się na półce kilka nowości z kraju łosi i reniferów, a wszystkie ciekawe. Na pierwszy ogień idzie Malum, zespół w skład którego wchodzą muzycy doświadczeni, znani także z innych, rozpoznawalnych projektów. W połowie kwietnia, nakładem wspaniałej Purity Through Fire, ukazał się ich czwarty krążek (mają na koncie także sporo pomniejszych wydawnictw), zatytułowany „Devil’s Creation”. Bardzo udane to dzieło i dziś przyjrzymy mu się bliżej.

środa, 25 sierpnia 2021

Grecja w Miami.

 

Czcić starą, muzyczną Grecję można (poza tym, że trzeba!) na różne sposoby. Są zespoły, które czynią to bardzo bezpośrednio, podążając dokładnie tym szlakiem, zapoczątkowanym w latach dziewięćdziesiątych, są też takie, które w mniejszym lub większym stopniu do tamtych kanonów nawiązują. Do tych drugich zalicza się amerykański Gnosis, kolejny ciekawy zespół zza oceanu, w kolekcji niestrudzonego Grega. Jego Godz Ov War Productions coraz śmielej zapuszcza się w te dalekie rejony, co czyni z tej wytwórni ewenement na krajową skalę. Należy to docenić, bo Greg nie bierze pierwszego lepszego plumkania, tylko skupia się na naprawdę ciekawych projektach. Gnosis bez wątpienia do takich się zalicza.

poniedziałek, 23 sierpnia 2021

Oby nie ostatnie bluźnierstwo.

 

Weterani z Moontower powrócili. Tym razem jako duet, co chyba dodało im sił i nieco odświeżyło wolę twórczą, bo „The Last Blasphemy” – tak zatytułowany jest najnowszy materiał – to jedna z lepszych rzeczy jakie w ostatnich latach wypuścili. Co prawda to tylko szesnaście minut, ale akurat w ich przypadku to nic nowego. Nie będę tu wymieniał wszystkich poprzednich wydawnictw, bo nie dobrnęlibyście do końca (ale polecam zapoznać się z dorobkiem zespołu na Metal Archives), tym bardziej nie mam zamiaru się do nich odnosić w kontekście najnowszego. Skupimy się na tych szesnastu minutach, bo w mojej skromnej opinii, warto.