niedziela, 27 czerwca 2021

Nic nowego a cieszy.

 

Co można napisać odkrywczego, po premierze każdego nowego krążka Clandestine Blaze? Nic. Projekt istnieje już tyle lat, że chyba nawet ostatnie amazońskie plemiona, wiedzą doskonale jaką muzykę tworzy Mikko. Można by skupić się na okładce, ale da to może kilkuzdaniowy akapit, którego i tak nikt nie będzie chciał czytać. Po co więc ta recenzja? Zdecydowałem się ją napisać chyba tylko dlatego, że „Secrets of Laceration” zwyczajnie mi się podoba a słyszałem kilka nieprzychylnych opinii. No i okładka też jest fajna.

Dwadzieścia trzy lata istnienia, jedenaście pełnych albumów (wliczając najnowszy), pomniejszych wydawnictw już nie chce mi się liczyć. Black metal. I co dalej, hmm… Dobra, zacznę od okładki. Jedna z ciekawszych w dyskografii Clandestine Blaze, rzekłbym, że wręcz jak na ten projekt – artystyczna! Nie mam zamiaru wymyślać teraz na siłę i dociekać jej symbolicznego znaczenia (autorem jest Mikko), bo pewnie i tak bym nie trafił, poza tym – nie zawsze warto wiedzieć „co poeta miał na myśli” (koszmar liceum), bo czasami psuje to odbiór (w tym miejscu dziękuję mojej polonistce a raczej programowi nauczania, bo sama nauczycielka była bardzo dobra). Gdy już nacieszymy oko, czas nacieszyć słuch. Clandestine Blaze znowu gra black metal, nic się nie zmieniło, świat nadal istnieje, słońce wschodzi a Mikko tworzy te swoje brudne, złe i surowe dźwięki. I bardzo dobrze. Nie mam zamiaru charakteryzować w tym tekście black metalu fińskiego projektu, bo to kompletnie nie ma sensu, równie dobrze mógłbym napisać wam, że dwa plus dwa daje cztery (tak, wiem, są tacy, którzy się z tym nie zgadzają, pamiętajmy jednak, że są i tacy, co twierdzą, iż ziemia jest płaska). Mogę napisać natomiast, że choć projekt Aspy obraca się w ramach dość sztywnie nakreślonych i hermetycznych, to w porównaniu do poprzedniego krążka, „Secrets of Laceration”, jest albumem mniej hitowym (wiem, wiem, nic nie mówcie…) i w moim odczuciu gęstszym, bardziej nasyconym. Mniej tu przestrzeni i powietrza niż na „Tranquility of Death” (o nim tutaj), co nie jest niczym złym, bo daje dużo bardziej złowieszczą atmosferę, szczególnie gdy tempa nie są za szybkie, a tutaj dominują średnie. A wracając do tej „hitowości”: poprzedni album wszedł mi za pierwszym razem, temu musiałem dać kilka odsłuchów, oswoić się z atmosferą, klimatem i jego natężeniem. Może nie dotyczy to wszystkich kompozycji, bo taka trójka („The Human Moth”), to jest hit z piękną melodią, skocznym tempem i doskonale dopasowanym wokalem, ale to wyjątek. Resztę przyswajałem dłużej, ale od początku wiedziałem jaki będzie efekt końcowy – polubimy się bardzo. I tak się stało, nie były tu potrzebne żadne motywatory, przemowy kołczów czy smaganie batem. Bo Mikko po raz kolejny zrobił to, co potrafi najlepiej. Nagrał black metalowy album. Tylko tyle i aż tyle.


Clandestine Blaze - „Secrets of Laceration”. Northern Heritage, kwiecień 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz