czwartek, 6 maja 2021

W słowackiej krainie mgły.

 

Nie często piszę o słowackim black metalu, bo scena to mała, choć przyznaję, znajdziemy tam ciekawe nazwy. Do tej pory popełniłem trzy teksty dotyczące tamtejszych zespołów black metalowych (Malokarpatan to inna bajka), jednak nawet pomimo tak małej ilości, tekst dzisiejszy, czwarty, będzie o albumie zespołu, o którym już pisałem. Co prawda przy okazji splitu („Ešte jedle rastú...” - o nim tutaj), który gościł jeszcze dwa inne słowackie zespoły, ale to Krajiny Hmly są najbardziej aktywne i najbliżej mi do nich, bo wydają materiały w Werewolf Promotion. Inna sprawa, że swoją drogą najbardziej do mnie trafiają, bo to naprawdę solidny zespół.


I właśnie niedawno nakładem wrocławskiej wytwórni, ukazał się drugi pełniak Słowaków, zatytułowany „Poza čierne hory”. Tym co zespołu nie znają, polecam nazwę, tytuł albumu i okładkę. Wszystko stanie się jasne. Krajiny Hmly to black metal o zacięciu pogańskim, przepraszam – z pogańskimi, mocnymi akcentami, bo o ile ideologicznie to w stu procentach pogański klimat, to muzycznie bałbym się ich określić stricte pagan metalem. Bo tu jednak baza jest czysto black metalowa, sposób budowania kompozycji, pewne aranżacje i patenty, gitarowe melodie czy riffy. Ale oczywiście nie jest to też piwnica zbluzgana krwią niemowląt ani głęboka krypta. Słowacy znaleźli złoty środek by, z jednej strony być ideologicznie wiernym sobie, z drugiej strony grać nadal pełen nienawiści black metal, dodając do niego trochę atmosfery i aranżacji typowych dla przedstawicieli odnogi rodzimowierczej. Znajdziemy tu więc piękne melodie ale i pełne agresji partie wypełnione blastami, zimne, północne riffy ale i klimatyczne zwolnienia. Nie znajdziemy tu natomiast czystych wokali, wzniosłych momentów czy monumentalnych chórów – rzeczy dość typowych dla pagan metalu. Będę się więc trzymał teorii, że jest to rzecz odpowiednio wyśrodkowana, dzięki temu każdy będzie zadowolony. Nie podejrzewam oczywiście Słowaków o kunktatorstwo, tak im po prostu w duszy gra, bo gdy słucham ich twórczości (nie tylko tego krążka), to jestem pewien, iż to muzyka szczera, prawdziwa, naturalna. A przy okazji naprawdę solidna. Żadnych wodotrysków, żadnych odkryć, ale zadanie domowe odrobione na poziomie wysokim i jak na scenę, która naprawdę nie jest bogata, Krajiny Hmly pokazują, że nawet w ubogim otoczeniu można trzymać fason i iść do góry, nie w dół (złota myśl kołcza Bartosza za darmo). Muzycznie krążek się broni, powiem więcej, jest ciekawy i mam już za sobą kilkanaście odsłuchów. Tekstowo się nie wypowiem, bo słowackiego nie znam, choć pewnie tłumaczenia nie zajęłyby wiele czasu, ale nawet tyle nie mogę Słowakom poświęcić, bo za dużo pisania przede mną. Jedyne co należy dopracować, to oprawa graficzna wydawnictw, bo o ile okładka się broni, to w środku jest jak w Polsce w połowie lat dziewięćdziesiątych – i wiem, że nie jest to wina wytwórni, tylko kiepskie pomysły zespołu. Ale to szczegół, bo w końcu i tak tam nie muszę zaglądać, skoro nie znam słowackiego. Lepiej odpalić krążek i posłuchać pięknej gitarowej nawałnicy i uświadomić sobie, że ta Słowacja choć mała, to ma swoje skarby. I nie jest to tylko Bratysława i Malokarpatan.


Krajiny Hmly - „Poza čierne hory”. Werewolf Promotion, marzec 2021.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz