niedziela, 14 marca 2021

Norweskie tradycje.

 

Choć umieściłem ten album w podsumowaniu 2020 roku, piszę o nim dopiero teraz, bo czekałem na fizyczny nośnik. Wcześniej słuchałem go jedynie w wersji cyfrowej, co jednak wystarczyło, by znalazł się wśród najlepszej dziesiątki minionego roku. Nie potrzebował na to wiele czasu, bo premierę miał pod koniec listopada. Czekałem z recenzją do momentu posiadania go na srebrnym krążku, bo czasami bywa tak, że warunki odsłuchu zmieniają odbiór. W przypadku pełnowymiarowego debiutu Varde, tak jednak się nie stało.

„Fedraminne”, bo taki nosi tytuł, nadal mnie oczarowuje swoją atmosferą i klimatem, swoją budową, złożonością oraz samym pomysłem dotyczącym zawartości lirycznej. I od niego zacznę, bo, pewnie niejednego z was, po rozłożeniu książeczki, może zaskoczyć pięć portretów panów, wyglądających na żyjących w dawno minionej epoce. Są to, moi drodzy, norwescy pisarze i poeci, tworzący w dobie romantyzmu (poza jednym, który zadebiutował w 1899 roku) będący zarazem autorami wszystkich tekstów na „Fedraminne”. Podaję nazwiska, gdyby ktoś chciał sobie poczytać ich dzieła, choć o tłumaczenia nie jest prosto: Johan Sebastian Welhaven, Aasmund Olavsson Vinje, Vetle Vislie, Henrik Wergeland i Henrik Anker Bjerregaard. Taki zabieg nie dziwi, bo panowie z Varde są Norwegami, którzy od początku swojej działalności, kładą nacisk na rodzime korzenie, folklor i sztukę narodowo romantyczną. A ta ostatnia była w Norwegii ważną częścią tożsamości narodowej, gdy państwo nie do końca było suwerenne a wielu twórców zostało „transferowanych” do Danii. Skutkiem tego sami Norwegowie zaczęli szukać natchnienia i inspiracji w kulturze ludowej, twórczości czasami wręcz chłopskiej. To była ich ostoja, która zresztą pięknie się rozwinęła, dając wielu wspaniałych twórców, nie tylko w zakresie literatury. Tyle o zawartości lirycznej, czas zagłębić się w dźwięki. A jest w co, bo „Fedraminne” to bardzo, bardzo bogaty album. Już sam jego początek, z pianinem i czystymi wokalami, zapowiada ciekawe dzieło, dzieło nieoczywiste i złożone. Biorąc pod uwagę czas jego trwania (pięćdziesiąt dziewięć minut!), jest to ważne. Dzieje się tu tak dużo, że naprawdę trudno wyróżnić jakieś cechy przewodnie, które prowadziłyby ten album poprzez utwory i czas. Tak, Varde gra black metal, jednak choć jest z Norwegii, natychmiast odrzućcie wszelkie skojarzenia z większością tamtejszej sceny. Po pierwsze, krążek ten brzmi dużo ciężej niż większość zimnych, norweskich albumów. Pod tym względem Varde bliżej do Szwedów. Po drugie, choć użyte zostały tu klasyczne środki wyrazu, to jednak użyte zostały inaczej. Panowie budują swoje kompozycje w oparciu o mocne, gęste riffy, które przeplatają z melodyjnymi, przestrzennymi fragmentami. Często sięgają po czyste wokale, które doskonale wspierają gitary i dodają kompozycjom wzniosłości i atmosfery. Ta ostatnia też nie jest jednowymiarowa, bo od nostalgii, smutku i zamyślenia, podróżując przez radość i zachwyt, docieramy do prawdziwie bojowych, wzniosłych, czasami gniewnych obszarów. Niewiele tu szalonego tempa, dominują te średnie ale znajdziecie też kilka bardzo udanych, skocznych fragmentów. A wszystko wymieszane i zaaranżowane jest tak, że od pierwszej do ostatniej sekundy, „Fedraminne” będzie trzymało was w uwadze. Podsumowując – świetny album, któremu jednak trzeba poświęcić trochę uwagi. Pomimo swego bogactwa – a może właśnie dzięki niemu – nie jest jednym z tych krążków, które od razu kupujemy. Tu, by zaiskrzyło, potrzeba choć jednego, naprawdę uważnego odsłuchu. Ale nie zawiedziecie się, warto. Kończę, bo mam zamiar wyszukać teksty zamieszczone na albumie i użyć nieporadnego tłumaczenia google, by jeszcze lepiej poczuć klimat i atmosferę „Fedraminne”.


Varde - „Fedraminne”. Nordvis Produktion, listopad 2020.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz