środa, 31 marca 2021

Mały chłopiec nad Hiroszimą.

 

Nim jeszcze zdążyłem usłyszeć „Blightmarch”, debiut warszawskiego Chainsword, naczytałem się, że to „polski Bolt Thrower”, bo wiadomo – death metal i wojna kojarzy się właśnie tak. Podszedłem ze spokojem do tych opinii, bo przecież lubimy takimi porównaniami rzucać, często na wyrost, bo po prostu dobrze brzmią, poza tym chłopaki od nas, to niech mają. Dziś, gdy już osłuchałem się z tym krążkiem, wiem, że nie było w nich wielkiej przesady i to nie tylko ze względu na tematykę tekstów, czy oprawę graficzną.

I bardzo mnie to cieszy, bo najczęściej tak napompowany balon, szybko pęka. A ten skurczybyk nie. Wytrzymał. Trochę jak brytyjskie balony zaporowe, że tak porównam, skoro już w klimatach wojenki jesteśmy. Cieszy mnie to z jeszcze jednego powodu – to kolejny naprawdę bardzo solidny, ba – bardzo dobry, polski album death metalowy. Klasycznie death metalowy, bezczelnie oddający hołd wszystkiemu, co święciło triumfy w latach dziewięćdziesiątych. Nie ma tu kompletnie nic nowatorskiego, kompletnie nic odkrywczego (poza nową godziną zrzutu bomby atomowej na Hiroszimę – tytuł ostatniego utworu podaje 9:15, ja żyłem w przeświadczeniu, iż było to godzinę wcześniej). Wszystko to już słyszeliście, nie mam co do tego wątpliwości. Tak, Bolt Thrower też tu jest – oraz dwadzieścia innych, doskonale znanych nazw. To jednak nie ma żadnego znaczenia, skoro słucha się tego wyśmienicie. Jest to zagrane z polotem, kopem, energią, mocą i pomysłem. Są takie momenty, że noga sama tupie a ja wypatruję parkietu. Kolejny krążek potwierdzający, że nad Wisłą, szkoła klasycznego śmierć metalu nie umarła i prędko nie umrze. Kolejny potwierdzający, że nadal można tak grać i zaciekawić słuchacza. Choć, wydawałoby się, wszystko już dawno zostało powiedziane. Bo pewnie zostało, wręcz na pewno, ale kiedy się wybiera odpowiednie cytaty, można z nich stworzyć ciekawą, świeżą wypowiedź. I tak jest w przypadku Chainsword. Brzmienie też nie daje żadnego pola bym mógł się przyczepić. Wszystko tu się w sferze muzyki zgadza. No a do tego fajna, wojenna otoczka, choć akurat sama oprawa graficzna do gustu mi nie przypadła, ale cóż – może następnym razem. Grunt, że dźwięki się zgadzają. Nie jest to jeden z tych krążków, na temat których mam zamiar się rozpisywać, bo tu filozoficznych odniesień nie ma sensu robić. Trzeba słuchać, polecam, bo warto. Miłośnicy death metalu się nie zawiodą, delikatnie mówiąc. A panom z Chainsword życzę kolejnych, tak fajnych materiałów. Tylko sprawdzajcie zegarki, kiedy zrzucacie tak mocne bomby!


Chainsword - „Blightmarch”. Godz Ov War Productions, luty 2021.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza