środa, 31 marca 2021

Mały chłopiec nad Hiroszimą.

 

Nim jeszcze zdążyłem usłyszeć „Blightmarch”, debiut warszawskiego Chainsword, naczytałem się, że to „polski Bolt Thrower”, bo wiadomo – death metal i wojna kojarzy się właśnie tak. Podszedłem ze spokojem do tych opinii, bo przecież lubimy takimi porównaniami rzucać, często na wyrost, bo po prostu dobrze brzmią, poza tym chłopaki od nas, to niech mają. Dziś, gdy już osłuchałem się z tym krążkiem, wiem, że nie było w nich wielkiej przesady i to nie tylko ze względu na tematykę tekstów, czy oprawę graficzną.

piątek, 26 marca 2021

Jak w starym horrorze.

 

Dead Dog’s Howl, projekt, który można jedynie kochać lub nienawidzić, powrócił. Polsko-amerykański duet tworzy muzykę tak plugawą, złą ale przede wszystkim prymitywną (w tym przypadku, nie jest to pod żadnym pozorem określenie pejoratywne), że nie może ona dać się po prostu lubić. To jedna z tych rzeczy, które wywołują skrajne emocje. I takie też opinie słyszę na temat pierwszego długograja zespołu, niektóre dość zabawne, inne wręcz komiczne, potwierdzające jednak skalę problemu. „Black Circle Transcendency” gości u mnie w odtwarzaczu od jakiegoś czasu i choć to nadal dzieło bardzo surowe, to trochę od czasu „Mausoleum of Confessed Thoughts” (pisałem o nim tutaj, dokładnie rok temu), się w muzyce DDH zmieniło.


środa, 24 marca 2021

Krigeist śmierci zaprzysiężony.

 

Krigeist powraca z nowym materiałem Belliciste. Nowozelandczyk, zwiedzający Europę, aktualnie (wedle mej najlepszej wiedzy) mieszka w Serbii, gdzie zdążył już zakotwiczyć w kilku projektach, nie zapomina jednak o jednym ze swych podstawowych. „Deathsworn” to teoretycznie demo, ale biorąc pod uwagę czas jego trwania (trzydzieści siedem minut!) oraz jakość, bez problemu mógłby to być pełniak. Nie zdziwię się, jeśli tak się niedługo stanie, przede wszystkim jednak, chciałbym by ktoś ten materiał wydał na CD (w tej chwili jedynie w wersji cyfrowej), bo bez żadnych wątpliwości na to zasługuje.

czwartek, 18 marca 2021

Długi, czarny korytarz.

 

Morbid Winds, niekwestionowany lider okładek w polskim podziemiu, wypuścił wreszcie pełnowymiarowy materiał. Czekałem na ten krążek niecierpliwie, bo pochodzące z 2020 roku demo „The Ruin of Forgotten Desolation”, bardzo przypadło mi do gustu (o nim tutaj). Nowy materiał potwierdza, że Morbid Winds to jeden z oryginalniejszych zespołów na naszej scenie i nie mam tu na myśli tylko okładki, choć ta tradycyjnie już, przyciąga uwagę. Diabolizer nie został wymieniony jako jej autor, ale jego styl jest niepowtarzalny i rozpoznawalny, wątpliwości więc nie mam. Jest jednak jeszcze coś, mianowicie budowa samego albumu, którego tytuł może ją w jakimś stopniu odzwierciedlać.

wtorek, 16 marca 2021

Dzieło diabła w czterech częściach.

 

Pomorski Trup powrócił i jak na trupa przystało, od swego ostatniego pojawienia się, stał się jeszcze bardziej ohydny. Może pamiętacie jeszcze, że panowie w 2019 roku wypuścili pełniaka (o nim tutaj), który był kawałkiem solidnego bluźnierstwa, pełnym pierwotnej dzikości dawnej szkoły metalu. Bez kompromisów. Pod tym względem nasz nieboszczyk się nie zmienił, ma tylko w sobie jeszcze więcej szaleństwa, dzikiej mocy i bezkompromisowej, muzycznej demolki. Generalnie jednak idzie swoją drogą, nie oglądając się na mody, trendy, nawet na lata upływające w kalendarzu. Dla tych ludzi ekstrema ma oblicze dekad dawno minionych. I bardzo dobrze.


niedziela, 14 marca 2021

Norweskie tradycje.

 

Choć umieściłem ten album w podsumowaniu 2020 roku, piszę o nim dopiero teraz, bo czekałem na fizyczny nośnik. Wcześniej słuchałem go jedynie w wersji cyfrowej, co jednak wystarczyło, by znalazł się wśród najlepszej dziesiątki minionego roku. Nie potrzebował na to wiele czasu, bo premierę miał pod koniec listopada. Czekałem z recenzją do momentu posiadania go na srebrnym krążku, bo czasami bywa tak, że warunki odsłuchu zmieniają odbiór. W przypadku pełnowymiarowego debiutu Varde, tak jednak się nie stało.

czwartek, 11 marca 2021

Diabeł pośród lasów i jezior.

 

Pisząc te słowa, słucham Fatherland, zespołu, o którym Tero Ikäheimonen, w swej książce - „The Devil’s Cradle: The Story of Finnish Black Metal” - nie wspomniał. Nic dziwnego, gdyby chciał wymienić wszystkich wykonawców, z krainy lasów i jezior, jego dzieło nie miałoby pięciuset a kilka tysięcy stron. Tero musiał o tym wiedzieć, skoro ja o tym wiem a bez wątpienia jego znajomość tamtejszej sceny jest dużo bogatsza. Skupił się więc na tych najważniejszych, na tych, którzy bądź wszystko rozpoczęli, bądź wnieśli coś nowego, w każdym razie wyróżnili się w znaczący sposób. Ta książka to nie tylko ich historia, to także - a może przede wszystkim - złożony im hołd.

wtorek, 9 marca 2021

Wodnik w piekle.

 

Mieliśmy już w historii muzyki Erę Wodnika, niedawno, za sprawą Godz Ov War Productions, otrzymaliśmy Erę Anty-Wodnika. Za obie odpowiadają Amerykanie, o ile jednak ta pierwsza kojarzy się z hippisami, druga została stworzona przez zespół, który z pacyfizmem nie ma raczej wiele wspólnego, o czym świadczy choćby jego nazwa. Phalanx Inferno nie przywodzi na myśl kwiatów we włosach, kolorowych ubrań i starych Volkswagenów, pełnych zjaranej młodzieży. Nie, Phalanx Inferno (swoją drogą, ciekawe, czy nazwa pochodzi od falangi, czy od systemu artyleryjskiego, instalowanego na okrętach) to death metal, dlatego też Wodnik w tytule nie do końca jest Wodnikiem.

niedziela, 7 marca 2021

Duch Bannockburn ciągle żywy.

 

Jeśli choć trochę znacie historię Szkocji, wiecie kim był Robert The Bruce, nie jest wam obca szkocka walka o niepodległość, lub choć widzieliście „Braveheart” i ujęła was niezłomna postawa tamtejszych górali, którym przewodził William Wallace, to debiut Càirdeas Fala jest dla was. Wszystko tu jest szkockie, poza samymi wykonawcami, bo zespół pochodzi z Australii (nie można oczywiście wykluczyć szkockich korzeni jego członków). Szczerze mówiąc, by polubić „Sons of the North”, nie musicie być tak naprawdę wielbicielami szkockiej historii i orędownikami ich sprawy – wystarczy, że lubicie dobry black metal.

czwartek, 4 marca 2021

Rzeź wznowiona.

 

Dziś nie będzie za dużo o muzyce, bo od wielu lat, nie słucham już dźwięków z kręgu death/grind, jednak nie jestem ignorantem i wiem, jak ważnym materiałem w latach dziewięćdziesiątych był pierwszy album Damnable. Wydany w 1996 roku „Inperdition”, był, w swoim gatunku, albumem bardzo dobrym i sam go wtedy docenić potrafiłem, choć już głęboko siedziałem w black metalu. Niedawno ukazało się wznowienie, co uważam za bardzo dobry krok, bo takie krążki nie mogą zniknąć w pomroce dziejów.

wtorek, 2 marca 2021

Gdy Szwecja spotyka Amerykę.

 

Jestem w szoku. Byłem pewien, że po wpisaniu w Metal Archives, nazwy Abominated, dostanę co najmniej kilka wyników, ale nie – jest tylko jeden! I to ten, o którym dziś piszę. Serio, że żaden death metalowy zespół nie wykorzystał tej nazwy wcześniej, zakrawa na – tfu – cud. Przecieram oczy ze zdumienia. Jest jednak jak jest, mamy więc Abominated z Warszawy, kwartet, który właśnie zadebiutował demówką „Decomposed” i którego muzycy też pewnie byli tą sytuacją zaskoczeni.