niedziela, 3 stycznia 2021

Prima sort.

 

Muzyczna Estonia to dla mnie głównie Loits. Uwielbiam ten zespół i to dzięki niemu zacząłem trochę głębiej eksplorować tamtejszą scenę. Trafiłem wtedy na Sorts, który polecił mi też sam wokalista Loits, Ahto. Wiedział co robi, bo enigmatyczny estoński duet z bardzo ciekawym wizerunkiem (te stroje i maski!), to naprawdę dobra rzecz. Nie wydali co prawda zbyt wiele a to co wydali, nie jest łatwo dostępne, trafiają się jednak w życiu prezenty nawet tym mniej grzecznym chłopcom. Takim bez wątpienia było wydanie przez Werewolf Promotion albumu „Schwarze Estnische Schweinerei”. 

Krążek swoje w życiu przeszedł i naznaczony był dotąd pechem. Pierwotnie ukazać się miał już w 2010 roku, za sprawą Drakkar Productions. Do tego jednak nie doszło. Leżał w szufladzie, aż w 2015 roku, sam zespół wypuścił go na kasecie. Wiadomo, niewiele, ale zawsze coś. Trzeba było kolejnych pięciu lat, by wreszcie dostał odpowiednią formę i szerszą dystrybucję. Wieczna chwała dla Werewolf Promotion, naprawdę, Szymon – masz u mnie dobrą wódkę. Jest to więc stara nowość, tak naprawdę pełnometrażowy debiut Estończyków, choć przecież w 2013 wydali długograja „Product of Decadence”. Od tamtej pory milczą, nie wiem więc jaka będzie przyszłość zespołu. Dziś jednak najważniejszy jest „Schwarze Estnische Schweinerei”. Nie jest to album, który stanie w szranki o tytuł największego leśnego zła i zmarzliny roku, bez wątpienia jednak może ubiegać się o miano doskonałej wypadkowej pomiędzy Sarke a środkowym Darkthrone. Gdy dodam do tego pewne, rock’n’rollowe elementy, wspólne z Loits, dostaję krążek, który mnie osobiście buja doskonale. I ma w sobie masę złości, gniewu i agresji, choć zarazem potrafi te uczucia przytłumić, by skupić się na refleksjach głębszych. To jednak zdarza się rzadko, bo Estończycy wolą jednak uderzyć mocnym riffem i skocznym rytmem, lub po prostu dać nam w gębę nie zważając na skutki. Nie zapominają jednak o melodii, której tu sporo a która sprawia, że krążka słucha się jeszcze lepiej. Generalnie jest to album wyładowany fajnymi riffami i wielką dawką energii, która niesiona jest także w tekstach. Te ostatnie są po angielsku, więc każdy może poznać gniewne myśli estońskiego duetu. Brzmienie „Schwarze Estnische Schweinerei” to dla mnie podręcznikowy przykład dla takiego grania, tak właśnie to powinno być zrobione. Jest ciężko, z lekkim brudem, ale on tylko wzmacnia przekaz i nadaje krążkowi pewnej chropowatości, co w takiej muzyce jest wskazane. Szczerze mówiąc, nawet gdybym bardzo chciał się do czegoś przyczepić, to po prostu nie mam do czego. W swej bajce, to świetny album. Szkoda tylko, że tak długo przyszło na niego czekać, bo zasługuje na dużo szersze grono odbiorców, już od wielu lat. Na szczęście, co się odwlecze, to nie uciecze. Na dobre rzeczy warto czekać. Teraz tylko pozostaje liczyć na coś nowego od dwóch zamaskowanych panów, zwących siebie the Nightonians. 


Sorts - „Schwarze Estnische Schweinerei”. Werewolf Promotion, grudzień 2020.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz