niedziela, 7 marca 2021

Duch Bannockburn ciągle żywy.

 

Jeśli choć trochę znacie historię Szkocji, wiecie kim był Robert The Bruce, nie jest wam obca szkocka walka o niepodległość, lub choć widzieliście „Braveheart” i ujęła was niezłomna postawa tamtejszych górali, którym przewodził William Wallace, to debiut Càirdeas Fala jest dla was. Wszystko tu jest szkockie, poza samymi wykonawcami, bo zespół pochodzi z Australii (nie można oczywiście wykluczyć szkockich korzeni jego członków). Szczerze mówiąc, by polubić „Sons of the North”, nie musicie być tak naprawdę wielbicielami szkockiej historii i orędownikami ich sprawy – wystarczy, że lubicie dobry black metal.

czwartek, 4 marca 2021

Rzeź wznowiona.

 

Dziś nie będzie za dużo o muzyce, bo od wielu lat, nie słucham już dźwięków z kręgu death/grind, jednak nie jestem ignorantem i wiem, jak ważnym materiałem w latach dziewięćdziesiątych był pierwszy album Damnable. Wydany w 1996 roku „Inperdition”, był, w swoim gatunku, albumem bardzo dobrym i sam go wtedy docenić potrafiłem, choć już głęboko siedziałem w black metalu. Niedawno ukazało się wznowienie, co uważam za bardzo dobry krok, bo takie krążki nie mogą zniknąć w pomroce dziejów.

wtorek, 2 marca 2021

Gdy Szwecja spotyka Amerykę.

 

Jestem w szoku. Byłem pewien, że po wpisaniu w Metal Archives, nazwy Abominated, dostanę co najmniej kilka wyników, ale nie – jest tylko jeden! I to ten, o którym dziś piszę. Serio, że żaden death metalowy zespół nie wykorzystał tej nazwy wcześniej, zakrawa na – tfu – cud. Przecieram oczy ze zdumienia. Jest jednak jak jest, mamy więc Abominated z Warszawy, kwartet, który właśnie zadebiutował demówką „Decomposed” i którego muzycy też pewnie byli tą sytuacją zaskoczeni.

niedziela, 28 lutego 2021

Gniew wilka.

 

Ostrzyłem sobie kły na ten materiał, jak głodny wilk. Wypuszczony przedpremierowo utwór, nie pozwalał zachować się inaczej. Jestem wielbicielem charakterystycznego, polskiego black metalu lat dziewięćdziesiątych a taką właśnie muzykę zwiastował singiel (nie posłużę się tytułem, bo już nie pamiętam, który to był numer, ale to bez większego znaczenia). Po usłyszeniu całości, wiem już, że Szary Wilk to coś więcej, ale to tylko i wyłącznie działa na plus, bo dzięki temu pełnowymiarowy debiut zespołu z Ostrołęki, wypada naprawdę doskonale.


piątek, 26 lutego 2021

Bogu i ludziom.

 

Po pierwszym odsłuchu, pełnowymiarowy debiut Pagan Forest miał powędrować na półkę i nie opuścić jej prędko. Coś mnie jednak tknęło i tak się nie stało. Przede wszystkim trudno rzetelnie ocenić materiał po jednym spotkaniu, po drugie – dostrzegłem w tym krążku sporo dobrego, stricte metalowego grania. Tym co mnie w pierwszej chwili najbardziej zniechęciło, była pozorna przaśność „Bogu”, niepotrzebne moim zdaniem elementy folkowe, które zalatywały za bardzo „cepelią”. Dziś jestem już po kilkunastu odsłuchach i szczerze mówiąc diametralnie zmieniłem zdanie co do muzyki Pagan Forest – a w każdym razie tego wydawnictwa, bo zespół istnieje od 1995 roku i ma na koncie kilka demówek.

wtorek, 16 lutego 2021

Świątynia agresji.

 

Człowiek zawsze coś przegapi. Za dużo tych wszystkich albumów wychodzi. Albo po prostu jestem już za stary, by wszystko zauważyć i sprawdzić. Nie wiem, w każdym razie są potem problemy, bo trzeba korygować podsumowanie roku. Trzeba, bo debiutancki krążek Temple of Decay to po prostu petarda! Nie wiem jakim sposobem mi umknął, ale umknął. Dostałem go dopiero niedawno do recenzji i z miejsca się zakochałem. Ukazał się we wrześniu 2020 roku i bez wątpienia zasługuje na miejsce w dziesiątce najlepszych, krajowych wydawnictw.


czwartek, 11 lutego 2021

Dzwony, zaklęcia i stary, dobry diabeł.

 

Kiedy wchodzisz do restauracji, by zjeść schabowego, oczekujesz schabowego, dostajesz go i – co najczęściej się zdarza, bo trudno go zepsuć – jesteś zadowolony. Gdy przychodzi nowy materiał Hell’s Coronation, oczekujesz smolistego, powolnego, diabelnie bluźnierczego black metalu – i zawsze takowy dostajesz. A najważniejsze, że zawsze jesteś zadowolony, bo ci panowie opanowali swoją sztukę do perfekcji.


środa, 10 lutego 2021

Litera K.

 

Długo szła do mnie ta płyta. Podjętych zostało kilka prób doręczenia, aż wreszcie po bodajże dwóch tygodniach perypetii z kurierami, udało się. Okazuje się, że skrzynki na listy to nadal bardzo przydatna rzecz. Kiedy już dotarła, musiałem się z nią oswoić, bo to materiał dziwny i na pierwszy rzut ucha, wręcz oczywisty. Skojarzenia nasuwają się momentalnie. Ale tylko na pierwszy, dlatego dałem jej czas. I czas ten zmienił moje postrzeganie debiutu Königreichssaal, choć nie zmienił faktu, iż zespół powinien mocno popracować nad swoim własnym, oryginalnym stylem.

czwartek, 4 lutego 2021

Sto procent naturalności.

 

Dziś znowu „kasetujemy” z Analög Ragnarök. Tym razem przyjrzymy się bliżej debiutowi amerykańskiego Bicephalic. „Nihilistic Dreams of an Empty Forest” to trwająca prawie dwadzieścia minut epka, która oferuje nam spotkanie w piwnicy, brudnej i obskurnej, z widokiem na las. Materiał ukazał się w marcu 2020 roku w wersji cyfrowej oraz na srebrnym krążku. Kaseta pojawiła się w kilka miesięcy później, w listopadzie. Nie jest powszechną praktyką, by tak krótkie debiuty wychodziły w aż trzech formatach, ale w tym przypadku nie dziwię się. Pomimo całej swej obskurności, wręcz punkowego momentami prymitywizmu, ma ta muzyka swój urok.

wtorek, 2 lutego 2021

Certyfikat bękarta.

 

Taran powrócił! Co prawda „Devilish Storm” nie przynosi premierowego materiału, bo jest to kompilacja najstarszych dokonań zespołu, ale to tylko drobny szczegół, który nie powinien nam psuć przyjemności, jaką daje obcowanie z tym wydawnictwem. Na jednym krążku znalazło się, pochodzące z 2004 roku, pierwsze demo, czyli „Storming the House of God”, oraz utwory z wydanego w 2005 roku splitu z Moontower. Wisienką na torcie jest zamykający wydawnictwo, nigdy wcześniej niepublikowany w tej wersji, utwór „Popioły”. Razem daje to prawie pięćdziesiąt minut muzyki, dzięki czemu słucha się tego jak wyśmienitego pełniaka.

niedziela, 31 stycznia 2021

Zaklęcie ze wschodu.

 

Białoruski Zaklon to dla mnie zespół nowy, bo nigdy wcześniej o nim nie słyszałem. Po raz kolejny więc, Werewolf Promotion, pełni rolę mojego nauczyciela, za co jestem wdzięczny. Jest to wytwórnia, która niestrudzenie penetruje wschodnie sceny, dając nam często prawdziwe perełki. Sam Zaklon może takową nie jest, ale bez wątpienia prezentuje wysoki poziom, dlatego warto mu się przyjrzeć bliżej. Nie wiem, czy ta konstatacja dotyczy całej twórczości zespołu, bo jej nie znam, ale na pewno można ją odnieść do ostatniego krążka, zatytułowanego „Zychod”.

środa, 27 stycznia 2021

Duch lasu.

 

Jakiś czas temu mocno zainteresowałem się niemieckim podziemiem. Wcześniej traktowałem je po macoszemu, co zapewne było błędem, cieszę się jednak bardzo, że zmieniłem ten stan rzeczy, bo co chwilę odkrywam tam jakąś perełkę. Końcówka ubiegłego roku nie była pod tym względem inna, bo trafiłem na Asenheim. Nie jest to zespół debiutujący, bo istnieją od 2007 roku, co tylko dowodzi, iż powinienem był dużo wcześniej zainteresować się zachodnimi sąsiadami. Panowie w lipcu 2020 roku (wersja cyfrowa, fizyczne kopie przyszły później), wydali swój piąty pełny album, ja usłyszałem go w końcówce listopada i tak mnie urzekł, że trafił do najlepszej dziesiątki zeszłego roku (tu znajdziecie całe podsumowanie). 

wtorek, 26 stycznia 2021

Finowie i analogowy koniec świata.

 

Nie wiem jak głęboko siedzicie w kasetach, ale dzisiejszy tekst skierowany będzie do tych, którzy choć wiedzą, jak takowe ustrojstwo wygląda. Ja kiedyś siedziałem po sam czubek głowy, ale to były wczesne lata dziewięćdziesiąte, czyli głębokie średniowiecze. Od tamtej pory wiele się zmieniło, są jednak tacy, którzy nadal bardzo szanują ten nośnik. Jednym z nich jest bez wątpienia człowiek stojący za wytwórnią Analög Ragnarök. To nasz krajan, ale działający na emigracji. Wydaje tylko na kasetach i jakiś czas temu zagaił w sprawie recenzji. I właśnie dlatego dziś przyjrzymy się materiałowi z 2018 roku, wydanemu także na CD, przez wrocławską Wolfspell Records.

niedziela, 24 stycznia 2021

Dwa słowa.

 

To będzie krótka recenzja. Zawsze chciałem taką napisać i wreszcie jest okazja. Bardzo lubię, gdy zespół muzycznie dorasta do swej nazwy, wręcz nią jest. Wiele było kapel, których niesamowicie bojowe, mroczne, złe i mistyczne - niepotrzebne skreślić – nazwy, przyprawiały o gęsią skórkę, a gdy cokolwiek nagrali, ogarniał pusty śmiech. Są jednak zespoły, które dobrze wiedzą, jak nie popełnić tego błędu. Jednym z nich jest niemiecki Bestial Warfare, którego epkę niedawno wypuścił Greg pod sztandarem swojej Godz Ov War Productions. 

czwartek, 21 stycznia 2021

Throneum 2016 – 2018.

 

Old Temple lubi wznawiać. I bardzo dobrze, bo często są to pozycje klasyczne czy wręcz kultowe, którym warto przywrócić dawny blask. Dziś słów kilka o dwóch wznowieniach. Pozycje te nie są co prawda klasykami, dobrze jednak, że gliwicka wytwórnia pokusiła się o ich ponowne wydanie, bo bez wątpienia nie powinny te krążki przepaść w odmętach czasu. Przenosimy się więc do lat 2016 – 2018 i przyglądamy bliżej temu, co wtedy rodziło się pod nazwą Throneum. 



wtorek, 19 stycznia 2021

Mężczyzna i kobieta.

 

W listopadzie 2020 roku, Werewolf Promotion zafundował nam split dwóch jednoosobowych projektów, zatytułowany „Void of Primitive Howls”. Projekty te to Zawrat i Fleam. O ile ten pierwszy znam, drugi jest dla mnie nowością a z pewnych względów, okazuje się być bardzo ciekawy. Tytuł samego wydawnictwa wiele mówi. Jest to pozycja przede wszystkim dla zatwardziałych miłośników podziemia, bo progresywnych czarów tu nie znajdziecie.

niedziela, 17 stycznia 2021

Ponure miasto.

 

Debiutanckie demo Odium Humani Generis („Zmora”), wydane w 2018 roku, kompletnie mnie nie ruszyło. Powiem więcej, po prostu nie podobało mi się, nie znalazłem tam nic, co mogłoby mnie choć napawać nadzieją, że w przyszłości panowie nagrają coś ciekawego. A jednak, nagrali. Minęły dwa lata i debiutancki pełniak to już zupełnie inna bajka. Dobra, nie powiem, że to jakiś genialny krążek, ale bez wątpienia zespół zrobił niesamowity postęp. „Przeddzień” to materiał, którego słucham z przyjemnością, który mi się po prostu podoba, choć nie jest pozbawiony wad.

wtorek, 12 stycznia 2021

Trzy razy tak.

 

Finlandia nie daje o sobie zapomnieć. Ten kraj to prawdziwy fenomen, bo nie dość, że co wioska to co najmniej dwa zespoły black metalowe, to jeszcze większość z nich prezentuje naprawdę bardzo wysoki poziom. Czekam akurat na książkę poświęconą historii fińskiego black metalu, może ona wyjaśni mi to nadzwyczajne zjawisko. Czekając, można słuchać a ja właśnie słucham nowej epki Sielunvihollinen. „Veren äänet” ukazała się co prawda w maju poprzedniego roku, mam więc lekkie opóźnienie, ale co tam – takie detale nie mają znaczenia, gdy obcujemy z dobrą muzyką.

niedziela, 10 stycznia 2021

Wojna trwa.

 

Totenwache to bardzo ciekawy zespół. Biorąc pod uwagę jakość ich muzyki, fakt, iż wciąż wydają sami siebie, zaskakuje mocno. Właśnie wypuścili epkę „Kriegswesen”, oczywiście własnymi siłami, co po tak dobrym albumie, jakim był „Der Schwarze Hort” (o nim tutaj), może szokować. Niejedna wytwórnia chciałaby ich pewnie mieć w swoim portfolio. Najwyraźniej Niemcy tak po prostu chcą i szczerze mówiąc – należy im się za to wielki szacunek. Ideały podziemia stały się ciałem. A najnowszy materiał? Cóż, to po prostu kontynuacja poprzedniego wydawnictwa, czyli jest bardzo dobrze. 


sobota, 9 stycznia 2021

Fińscy królowie, norweskie wilki i magiczny Toruń, czyli podsumowanie 2020 roku.

 

Pod wieloma względami nie był to rok lekki, łatwy i przyjemny, na szczęście mamy muzykę. A ta odporna jest na wszelkiego rodzaju kataklizmy, czego artyści dowiedli, nawet w tak pokręconym roku, jaki dopiero co pożegnaliśmy. Poniżej znajdziecie zestawienie moich ulubionych materiałów (mieszają się na tych listach demówki, albumy i epki), z tradycyjnym rozgraniczeniem na Polskę i Świat. Listę najlepszych dziesięciu wydawnictw zdominowały krążki zagraniczne, nie znaczy to jednak, że i u nas nie ukazało się sporo dobrej muzyki (Mag to zaskoczenie wręcz ogromne). Każda pozycja to link do recenzji, poza trzema, o których jeszcze nie zdążyłem napisać.

środa, 6 stycznia 2021

Zimowe lasy Finlandii.

 

Bardzo śmieszą mnie wszelkie podsumowania roku, czynione w listopadzie, czy nawet grudniu. To trochę tak, jakby w meczu nie liczyć już bramek strzelonych po osiemdziesiątej minucie. A przecież listopad i grudzień potrafią przynieść bardzo dobre albumy. Tak było choćby w dopiero co pożegnanym 2020 roku. Finowie z Ymir i Valravn, Niemcy z Totenwache czy Norwegowie z Varde, dostarczyli naprawdę świetne krążki, przy których należy zatrzymać się na dłużej. Co najmniej dwa z nich znajdą się w moim podsumowaniu roku. Dziś zajmiemy się powrotem Ymir, bo to zespół, który milczał czternaście lat, by wreszcie wypuścić album zatytułowany po prostu „Ymir”. 


poniedziałek, 4 stycznia 2021

Siła melodii.

 

Ukraina ponownie w natarciu, ponownie za sprawą Werewolf Promotion. Jakiś czas temu pisałem o Colotyphus (tu), dziś zajmiemy się Totenrune, nową nazwą na mapie ukraińskiego podziemia. Ptaszki ćwierkają, że zespół tworzą weterani tamtejszej sceny, niestety nie udało mi się znaleźć konkretów w tym temacie. Mogę jednak przyjąć, iż tak jest, bo to co słyszę na „Towards the Universe”, brzmi naprawdę dobrze. Tak czy siak, jest to ich debiut i rozpatrując go w tych kategoriach, należy uznać, że bardzo udany to start. 

niedziela, 3 stycznia 2021

Prima sort.

 

Muzyczna Estonia to dla mnie głównie Loits. Uwielbiam ten zespół i to dzięki niemu zacząłem trochę głębiej eksplorować tamtejszą scenę. Trafiłem wtedy na Sorts, który polecił mi też sam wokalista Loits, Ahto. Wiedział co robi, bo enigmatyczny estoński duet z bardzo ciekawym wizerunkiem (te stroje i maski!), to naprawdę dobra rzecz. Nie wydali co prawda zbyt wiele a to co wydali, nie jest łatwo dostępne, trafiają się jednak w życiu prezenty nawet tym mniej grzecznym chłopcom. Takim bez wątpienia było wydanie przez Werewolf Promotion albumu „Schwarze Estnische Schweinerei”. 

piątek, 1 stycznia 2021

Grecja w Brazylii.

 

Nie jestem fanem koncertówek. Krótko mówiąc – uważam, że na koncerty się chodzi a nie słucha ich w domu. Oczywiście, bywają naprawdę dobre, których lubię czasami posłuchać, szczególnie gdy potrafią odtworzyć emocje, których sam na koncertach doznałem. Tak jednak dzieje się w przypadku albumów koncertowych zespołów, na których gigach byłem. Greckiego Varathron nigdy na żywo nie widziałem, pomimo tego postanowiłem nabyć „Glorification Under The Latin Moon”. Bo Varathron uwielbiam. Nie żałuję.