środa, 16 grudnia 2020

Zaproszenie dla diabła.

 

Fajnie jest mieć utalentowanych kolegów. To miłe, gdy mogę o ich twórczości napisać coś dobrego i może dzięki temu, zainteresować ich muzyką szersze grono ludzi. W przypadku Radka, z którym znamy się od wielu lat, robię to od dawna, bo pisałem już o Odour of Death (tu), czy Havocum (tu). Tym razem, pan Nobody (bo pod takim pseudonimem tu występuje), uraczył nas czymś całkowicie nowym i całkowicie swoim, bo Grimcult to jednoosobowy projekt. Powiem krótko – z miejsca mnie nim kupił, bo kocham stary, klasyczny, podziemny, polski black metal a do takiego nawiązuje muzyka zawarta na „Revelations of Sinister Flame”.

Wiem doskonale, że Radek też kocha tamto granie. Cieszę się, że wreszcie mógł w pełni dać temu wyraz, bo słychać, że ma te dźwięki we krwi. A jak ktoś ma coś we krwi i potrafi odpowiednio obsługiwać instrumenty, to najczęściej efekt jest pozytywny. Nie inaczej jest tym razem. Wszystko brzmi tu źle, czyli bardzo dobrze. Perkusja skradła moje serce, bo wiadro jako werbel zawsze sprawdzało się doskonale, czego dowiodły lata dziewięćdziesiąte. Wokale, które także były dla tamtego czasu charakterystyczne, doskonale podążają śladami prekursorów. Umiejętnie wplecione klawisze, dodające grozy i pojawiające się wtedy, kiedy trzeba wzmocnić klimat i atmosferę. O gitarach nawet nie trzeba wiele pisać, bo są bezbłędne. Ale zostawmy kwestie techniczne, bo nie nimi powinien stać black metal. Kiedyś już pisałem, że polskiej scenie lat dziewięćdziesiątych udało się wypracować swoją atmosferę, swój klimat – to był według mnie największy wyznacznik naszego podziemia, który stanowił o jego oryginalności. Dziś, by choć zbliżyć się do tamtych wydawnictw, trzeba umieć nawiązać do tej właśnie specyficznej atmosfery pierwotnego, prymitywnego zła. I to się panu Nobody udało. Nic dziwnego, był już w tamtych latach świadomym słuchaczem a nawet muzykiem. Dzięki temu Grimcult bardzo udanie nawiązuje do dawnych dziejów naszej sceny. Nawiązuje, bo nikt tu niczego nie kopiuje. Grimcult wnosi sporo swojego, dodaje momentami trochę mocy, trochę więcej sprawności aranżacyjnej (lata doświadczeń), trochę więcej profesjonalizmu, ale z umiarem oczywiście. Bo tu najważniejsza jest dusza i serce. Dla mnie ten materiał jest swego rodzaju hołdem dla młodości autora i ja to doskonale rozumiem. Zawsze będę takie idee popierał, bo to jest black metal, takim się go uczyłem i takiego chcę słuchać dziś. Cieszę się, że dzięki tworom takim jak Teufelsberg, Morbid Winds, Urwerk czy właśnie Grimcult, jest mi to dane. Duch nie umarł i to cieszy. Nie jest to materiał dla tych, którzy szukają w black metalu eksperymentów, nic nowego tu nie usłyszycie. Tu jest diabeł, zło, las i noc. Ale ci, którzy szanują stare granie, kochają je a nie chcą odpalać w kółko tych samych, znanych już na pamięć materiałów, powinni po „Revelations of Sinister Flame” sięgnąć. Zaproście diabła, warto. Radek wam to sugestywnie wyjaśni. 

No i ta okładka! Trafia w mój gust bezbłędnie i doskonale pasuje do zawartości płyty. Pochwalić należy całą oprawę graficzną i jakość oraz estetykę wydania, co w przypadku Putrid Cult, nie zawsze jest takie oczywiste. Tym razem brawa. 

Uprzedzając kretyńskie pytania - tak, przyjąłem za tę recenzję korzyść majątkową. Razem z płytą przyszedł kilogram irlandzkich ziemniaków. Dlaczego irlandzkich? Bo polskie byłyby zbyt oczywiste. Zażyczyłem sobie po prostu czegoś egzotycznego. Niestety, okazało się, że smakują jak nasze. Kiepski biznes. 


Grimcult - „Revelations of Sinister Flame”. Putrid Cult, listopad 2020.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz