poniedziałek, 14 grudnia 2020

Liturgia horroru.

 

Dziś kolejny międzynarodowy projekt, choć nie tak zróżnicowany narodowościowo jak The Committee, o którym było ostatnio (tu). The Rite to zespół, który tworzy trzech Włochów i Duńczyk. Ten ostatni, choć osamotniony, ma chyba największy wpływ na odbiór muzyki The Rite, bo jest wokalistą także w Denial of God (jak ktoś nie zna, powinien nadrobić - poczytać o ich ostatnim krążku można tu). A wszyscy wiemy, że to głos charakterystyczny. Włosi znani są z takich zespołów jak Black Oath czy Necro (ja akurat twórczości tych kapel nie znam). Panowie wydali w tym roku pełnowymiarowy debiut i to nad nim dziś się pochylimy. 


Najprościej byłoby odnieść twórczość The Rite do Denial of God. Byłaby to jednak droga na skróty i nie do końca w dobrym kierunku, pomimo tego w jakimś stopniu ją obiorę. Jak już wspomniałem, za sprawą wokali, skojarzenia nasuwają się szybko. Muzycznie też nie jest wcale bardzo daleko, jednak są zauważalne i ważne różnice. Przede wszystkim ciężar. The Rite to mieszanka black i doom metalu, tu gitary tworzą potężny dół, za sprawą którego atmosfera jest gęsta. To Denial of God po intensywnej siłowni, mniej tu wolnego miejsca i przestrzeni. Co ciekawe jednak, panowie nie smucą, nie grają cały czas w ślimaczym tempie (to wręcz rzadkość). „Liturgy of the Black” ma wiele porywających momentów, ze świetnymi riffami, nadających się do zdrowego szaleństwa pod sceną. I to jest kolejna różnica, bo Denial of God nie raczy nas często, tanecznymi wręcz, dźwiękami. By zamknąć porównania do Duńczyków, wspomnieć muszę o tym, co łączy ze sobą twórczość obu zespołów. Atmosfera i klimat. The Rite to również horror, groby, cmentarze i czarna magia. Tego nie da się ukryć i bardzo jest to odczuwalne, co w żadnym stopniu nie przeszkadza, bo takiej atmosfery nigdy dość. I nią ten krążek stoi, choć może nie w takim stopniu jak albumy Denial of God. Ale dobra, zostawmy wreszcie tych ostatnich, bo przecież The Rite to suwerenny twór, z krwi i kości. Poza tym, co ważne, wokalista duńskich magików napisał tu teksty, dźwięki są autorstwa Włochów (poza coverem Ripper). Muszę oddać panom z południa Europy, że swój fach znają. To długi krążek (czterdzieści pięć minut), ale tak fajnie skomponowany i zaaranżowany, że ciekawy w całości. Gitary, o których już wspominałem, potrafią naprawdę dostarczyć rozrywki a w połączeniu z bardzo klimatycznymi klawiszami, budują grobowiec do którego szczerze chce się wejść. Perkusja wykonuje swą pracę na wysokim poziomie, wzmacniając ciężar i ciekawie akcentując niektóre momenty blachami. No i oczywiście dopełnia wszystko upiorny wokal, ale to już zasługa Duńczyka. 

Pojawi się zapewne sporo głosów, że po co to komu, że to prawie jak Denial of God, że nic odkrywczego. I sporo w tym racji, pomimo tego ja tu widzę potencjał dla kolejnych wydawnictw, bo choć podobieństw jest wiele, to jednak The Rite idzie inną ścieżką, ten ich horror jest mniej dosłowny, za to bardziej stricte metalowy. Polecam, nie tylko fanom duńskich weteranów. 


The Rite - „Liturgy of the Black”. Iron Bonehead Productions, czerwiec 2020.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza