poniedziałek, 7 grudnia 2020

Bestia mówi po polsku.

 

Bardzo nie lubię, gdy zespoły dla mnie ważne, wydają materiały pod koniec roku, bo pozostaje niewiele czasu, by się z owymi wydawnictwami zapoznać a przecież „ryzyko”, iż wskoczą do podsumowania rocznego, jest duże. Gdy więc gruchnęła wieść, iż Deus Mortem, bardzo przeze mnie poważany, wypuści nową epkę ósmego grudnia, radość mieszała się ze złością. Na szczęście panowie po raz kolejny pokazali klasę i w zasadzie po jednym odsłuchu wiedziałem do czego tańczę i jak to jeść. 

Szczerze wam powiem, że to może być bardzo krótka recenzja, która zamknie się w jednym zdaniu. Jeśli podobał wam się, wydany w 2019 roku „Kosmocide” (o nim tutaj), to się nie zastanawiajcie i bierzcie „The Fiery Blood” w ciemno. Tyle. Wystarczy, moja robota została skończona. Może jednak są tacy, co ostatniego pełniaka Deus Mortem nie słyszeli? Jeśli tak, to po pierwsze – ogarnijcie się, bo błądzicie. Po drugie – natychmiast posłuchajcie. Po trzecie, kilka słów więcej napiszę, byście zrozumieli jak ważne są oba te wydawnictwa. Tak, oba, bo dla mnie najnowsza epka jest suplementem do „Kosmocide”. O ile dobrze zresztą zrozumiałem, materiały te powstały w tym samym czasie, tylko nie wszystko zmieściło się na pełniaku. Bywa, że takie rzeczy nazywane są odrzutami i upychane w formie bonusów na wznowieniach, ewentualnie gdzieś tam pojawiają się w nieoficjalnym obiegu. W tym przypadku jednak, zespół jak najbardziej miał prawo zrobić z tych kompozycji samodzielny materiał. Bo choć określiłem „The Fiery Blood” suplementem, to jest on jakości głównego dania. Muzycznie, graficznie, klimatycznie i jak tylko jeszcze chcecie. Cztery kompozycje, które są po prostu esencją black metalu, podręcznikowym przykładem, jak należy ten gatunek grać. Tu mogę powtórzyć wszelkie określenia z recenzji „Kosmocide” i nie będzie w tym żadnej przesady. To te same organizmy, te same serca, ta sama pasja i ten sam ogień. Ten sam klimat, moc i energia. Jedyne, czym ten materiał zaskakuje, to jakość. Tak, wiem, w przypadku Deus Mortem to żadne zaskoczenie, ale pomyślcie, na ostatnim długograju dostaliśmy siedem doskonałych kompozycji. Razem z tymi czterema, otrzymujemy jedenaście, naprawdę równych, wyśmienitych utworów, skomponowanych w tym samym czasie. Brawa. Od jakiegoś czasu, wydawnictwa zespołu, zamykają kompozycje wyraziste, prawdziwe „hity”, które potem nuci cała Polska. Nie wiem, czy „Nod” też będzie można usłyszeć w kolejce do lekarza, ale bez wątpienia wpisuje się on w tę, można już chyba powiedzieć, tradycję. Przede wszystkim, to pierwszy oficjalny utwór Deus Mortem, zaśpiewany po polsku. Mam nadzieję, że nie ostatni, bo efekt jest bardzo dobry. Po drugie, to także chwytliwy numer, z dużą dawką podniosłości, idealny na zakończenie. Takim był też „The Destroyer” i trudno byłoby pogodzić je ze sobą na jednym krążku. I to kolejny powód, dla którego cieszyć się powinniśmy wszyscy, że zespół postanowił wydać ten materiał. Podstawowy jest jednak taki, że tutaj każdy numer to sztos. Co się dzieje w dwójce, co w trójce! To jest właśnie black metal, powtórzę, wzorcowy. Klasyczny, czysty i szczery. Poza tym, jest to dzieło wspaniale zamknięte, bo ma doskonałą, zupełnie odmienną od „Kosmocide”, oprawę graficzną. Wyśmienita okładka autorstwa niezwykle utalentowanej Marianny, czyli Mar.A Artworks. Po raz kolejny świetną robotę w obszarze kaligrafii zrobił Ihasan. Wszystkiego dopełniają zdjęcia zespołu, które – poza muzyką – łączą najmocniej „The Fiery Blood” z „Kosmocide”. 

Ten materiał żyje własnym życiem i doskonale broni się sam. Polecam jednak posłuchanie jednego po drugim, wierzcie mi – wrażenia się potęgują, bo te wydawnictwa wzmacniają siebie nawzajem i dopełniają. Zrobiłem nawet eksperyment, zgrałem sobie oba albumy i wymieszałem kawałki. Coś pięknego. Ale nie żałuję, że są to dwa osobne krążki. Bo mam teraz dwie wspaniale wydane płyty i dwie piękne koszulki. Polecam. 


Deus Mortem - „The Fiery Blood”. Malignant Voices, grudzień 2020.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz